Ez az oldal sütiket használ

A portál felületén sütiket (cookies) használ, vagyis a rendszer adatokat tárol az Ön böngészőjében. A sütik személyek azonosítására nem alkalmasak, szolgáltatásaink biztosításához szükségesek. Az oldal használatával Ön beleegyezik a sütik használatába.

Hírek

Twardoch, Szczepan: Morfium (részlet) (Morfina (detal) Magyar nyelven)

Twardoch, Szczepan portréja

Morfina (detal) (Lengyel)

ROZDZIAŁ I
 
Łeb. Smród.
Łeb pęka. Język jak wyschły, martwy ślimak,  chropowaty. Podniebienie pod skorupą zaschniętej flegmy. Łeb pęka. Pustynia. Smród własnych  wyziewów.
A więc obudził się? Obudził się? Nie obudził się. Jeszcze spać? Sen, zniknie  cierpienie we śnie? Nie zniknie.
A we śnie… Był to sen?
A więc budzi się. Budzę się. Obudziłem się. Oczy pieką, grudki ropy wygrzebuje, wygrzebuję palcem, rzęsy ropą sklejone. Otwieram. Gdzie jestem? Nie u siebie.
Trzeba wstać, wstać, trzeba na sedes, uwolnić  kiszki. Nie chce się wstawać, nie chce. Poleżałby, poleżałbym. Gdzie? Nie u siebie. Trzeba wstać.
Wstaje. Wstałem. Zawrót głowy. Siada na łóżku.
Siedzi,  siedzę, zawrót głowy, wymiotować,  więc nagłym rzutem przed siebie, jak szermierz, jak pływak, przed siebie, przed siebie, z mieszkania nie mojego na korytarz, do wychodka.
Opróżnia się, wypróżniam  się, bukłak napięty staje się bukłakiem  oklapłym.  Łeb pęka. Jest woda? Odkręcam kurek czteroramienny  z plakietką niebieską jak Virtuti  Militari, nie ma wody, ciągle nie ma. Jest w wiadrze, Aniela przyniosła albo ktoś inny przyniósł.
Spłukuję  sedes wodą z wiadra.  Potem umywalka,  korek, struga w porcelanową konchę umywalki, woda, pijesz? Piję. Pijemy. Pijemy.
Wczoraj: Zarząd Miejski  ogłasza listę dwudziestu  dwóch punktów  bezpłatnego pobierania  wody.  Pobieraną  z  tych punktów wodę należy przed użyciem  przegotować. Mam to w  dupie.  Twarz chlustam,  polewam  łeb spuchnięty  resztą wody, czaszka skrzypi,  słyszę, jak mi czaszka skrzypi,  od środka opuchnięty  mózg napiera na kości, od zewnątrz  mrozi je lodowaty strumień,  podnosi głowę. Widzi  mnie w brudnym lustrze.
To ja. Konstanty Willemann.
Oraz skutki picia wódki. Konkretnie wina, ostatnie cztery butelki, samotnie, przy kuchennym  stole, zagryzając chlebem spieczonym przez Anielę na blasze, natartym czosnkiem i posolonym. Ostatnie cztery butelki. Nie ma już wina. Więcej nie będzie wina. Może już nigdy nie będzie wina? Głupstwo, wino zawsze będzie. Ale nie dla mnie.
Pięćdziesiąty  trzeci dzień trzeźwości typu em. Czternasty dzień Niemców w Warszawie.  Picie samotne, od połowy drugiej butelki śpiewanie pieśni rozpustnych, przy trzeciej pieśni patriotyczne, tak jest, przy czwartej płakanie, płakanie, płakanie. Przez drzwi kuchenne rozchylone zagląda zaspana twarz Anieli, panu czego trzeba? Precz, lampucero, precz, stara pudernico, samotności mi trzeba, w mojej tragedii i w tragedii mojego miasta pożądam samotności i piątej butelki burgunda pożądam, i niczego dostać nie mogę!
A dzisiaj Anieli nie potrzeba przepraszać, Aniela nawykła. Pan, kiedy się napije, to urąga światu i ludziom.  Pan już jest taki. Panowie już tacy są.
Przypominam  sobie te wrzaski, kiedy patrzę w lustro. Ją sobie przypominam:  Aniela,  stara szwaczka,  siostra służącej mojego teścia. Ukrywam  się w jej pokoiku. Ona śpi w kuchni. Gospodarzy, u których najmuje pokój, nie ma. Uciekli. Ja nie uciekłem. A teraz patrzę w lustro.
To ja. Włos zmierzwiony, morda blada, zarost dwudniowy. Dopiero teraz wszystko przychodzi,  a raczej wraca: miasto rozwalone,  już nie moje, Hela i Jureczek w naszym mieszkaniu w wedlowskiej  kamienicy  na Madalińskiego, mobilizacja, oblężenie, kapitulacja,  Starzyński bredzi o okrywaniu  hańbą armii niemieckiej,  co walczy z biedną ludnością Pragi, ordery, żołd zaległy, wariactwo Ksyka i jego wąs czarny, po kapitulacji przejście z naszych stanowisk pod Parkiem Sieleckim  i na Parkowej do koszar Szwoleżerów, gdzie mamy czekać na wyjście do niewoli,  a ja nie idę do niewoli,  brednie o tym, że trzeba dalej walczyć, pułkownik  mnie puszcza, idź, idź, święta racja, trzeba dalej walczyć, pistolet mój zakopujemy w ogrodzie u nazaretanek na Czerniakowskiej, razem z bronią paru kolegów, mundur potem palimy w piecu, nawet buty, chociaż butów żal, śmierdzi obłędnie, nie idę do niewoli,  nie ma mowy. A wcześniej, wraz z mobilizacją — obietnica. Trzeźwość. Po kapitulacji ograniczona do trzeźwości typu em, stąd wczoraj ostatnie butelki wina,  gdzie teraz dostać wino? Nigdzie. Ukrywanie się, kabaret po prostu!
Dym nad płonącą Cytadelą, taki wzniosły i piękny. Braterskie pozdrowienie przesyłamy żołnierzom walczącym na Helu, mówi drżącym głosem radiowy spiker, niech żyje Polska, jeszcze Polska nie zginęła. A jednak.
Poddaję się.
Piję jeszcze wody, prosto z wiadra, unoszę je w ramionach silnych, aż brzuch znowu jak bukłak. Lustro. To ja, to ja, to ja.
Nienawidzę tego miejsca. Nienawidzę.
— Aniela  zrobi mi kawy!  — krzyczę,  krzyk  przebija mi skronie gwoździami grubymi jak palce Piłata.
— Kawy  ni ma! — odkrzykuje cierpliwie Aniela z mieszkania, wczoraj tak samo krzyczała.
Przecież wiem, że nie ma, po co krzyczę?
 — No to niechże herbaty mi zrobi.
— Ni ma herbaty. Pod kuchnią dopiero rozpalam. Po co, po co, po co?
— A do jedzenia co jest?
— Ni ma. Pan pójdzie, kupić trzeba. Chleb dają w Mirowskiej, za trzydzieści  groszy kilo, po ćwierci dają.
Mruczy  Aniela,  mruczy  z kuchni,  z małej kuchni  w tym małym mieszkaniu, gdzie jeszcze pokoik podnajmują, pokoik, w którym śmierdzi starą kobietą, śmierdzi zapachem gotowanej kapusty i cebuli, chociaż pewnie od miesiąca najmniej żadnej cebuli ani kapusty nie gotowała, a śmierdzi  i tak, a może tylko powinno śmierdzieć kapustą i cebulą gotowaną albo flakami powinno śmierdzieć i ja sobie sam te zapachy indukuję, wymyślam  je sobie, żeby się podnieść na duchu?
Wyjść  na miasto, trzeba wyjść  na miasto. Wyjść  z tego mieszkania i nie wrócić.  Za oknem — deszcz, ziąb. Z powrotem do łazienki.  Golić się czy się nie golić? Golić,  w zimnej wodzie? Jednak golić. Włosy ułożyć. Ale bez brylantyny, chociaż brylantyna jest, w pudełku na półce, ale teraz nie czas na brylantynę,  wojenny czas, więc tylko grzebień, byle nie chodzić  rozczochranym.  Potem aspiryna,  dwie.  Też się kończy. Potem podkoszulek,  kalesony, skarpety. Potem ubieram się w grubą wełnę szkocką, pod marynarkę kładę ciepły pullover. Kapelusz.  Szalik. Palta jeszcze nie biorę, jeszcze nie czas na palto. To nie wystarczy, nie wystarczy. Tweed w cieple utrzyma, ale nie wystarczy. Ubranie,  żeby pokazać, żem nie byle kto, a jednak byle kto. Żeby chroniło przed rozpadaniem się świata, żeby przypominało, że ja — to nie byle kto.
Ja to ja. Jestem Konstanty  Willemann, lubię samochody i eleganckie stroje, nie lubię koni,  mundurów  i nieudaczników. Ja — to nie byle kto. A jednak.
Ale to na nic, na nic. Patrzę na siebie w lustrze,  ja, to ja, a świata już nie ma i w tym świecie ja to już nie ja, a jeśli nawet ja, to na pewno byle kto. Nawet w ubraniu drogim, w bucikach drogich. Byle kto. Właśnie.
Wychodzę.  Drzwi   za  mną  zamykają  się  pogardliwie. Drwią ze mnie te drzwi staruchowate, drzwi Anielowe,  drzwi nie moje, acz w gestii mojej. Wychodzę. Nie wrócę. Nie wiem jeszcze, gdzie pójdę, ale tu nie wrócę.
Wyszedłem, miasto nie moje. Szyb w oknach nie było, tam gdzie były, to papierem na krzyż  polepione, okienne krzyże świętego Andrzeja,  na tych krzyżach  życie nasze ukrzyżowane, ale częściej ślepa dykta i czarne oczodoły po wyłupionych framugach i szybach wyszarpanych. Sklepy  pozamykane, deskami pozabijane albo rozbite, zamiast sklepów na ulicach handel, sprzedawali  ludzie wszystko:  buty angielskie do konnej jazdy, grzebienie, lampy  i jedzenie po cenach,  za które należałoby rozstrzelać.  I jacy ludzie:  przekupy  podwarszawskie Bóg wie  skąd towar biorące, eleganckie damy, apasze, żuliki, wyrostki.  Społeczeństwo rozpuszczone,  nie ma Żyda, nie ma Greka, nie ma damy, nie ma kurwy, nie ma profesora ni złodzieja. Towar ze sklepów rozwalonych, z rabunku albo z szabru zwykłego, albo własne futra, stary świat się upłynnił, wyłożony  na ulicy  na gazetach i kartonach, upłynnił  się porządek rzeczy jak rozpuszczony kryształ, futra pożądane zimnym październikiem z właściwych sobie szaf na ulicę, z ulicy w ręce niewłaściwe, baba próbowała sprzedać siodło kawaleryjskie,  z czyjego konia zdarte, spod jakiej dupy wyszarpane i na co komu ułańska kulbaka? Chyba sobie na plecy przypiąć, Niemców po ulicach  wozić.
Jeszcze rozstrzelają.
— Rozstrzelać was za to mogą, kobieto — powiedziałem.
— Jak pan nie kupujesz, to idź pan, panie!…
Więc poszedłem. Jak to dobrze, że mam pieniądze, a mam, bo jestem mądry. Więc najsampierw idę sobie, mądry taki, idę sobie Krochmalną, Żydki się uwijają, sprzedać mi chcą wszystko wyłącznie  za dulary  i złoto, spieszą się i boją cholernie, a ja idę, na Żydków  nie patrzę, idę do Hali Mirowskiej  kupić chleba, słoniny, jajek. Połowa kramów obsadzona. Ceny szalone, kilo chleba za złoty siedemdziesiąt.  Chleba z magistratowej dystrybucji  po trzydzieści  groszy już nie ma, już wszystko poszło. Trzeba po rynkowej,  gorzej niż u Żyda. Biorę kilo. Prócz chleba kupuję kubek zsiadłego mleka, kubek plugawy na sznurku,  każdemu, kto chce, przekupa z bańki mleka naleje za dziesięć groszy, płacę, do diabła tam, z plugawych warg odciskami na kubkowej blasze, piję, to pomoże.
Nie pomogło. Baba ma czekoladę, sprzed wojny, tabliczka dwanaście  złotych.  Dwanaście!  Wziąłem  dla Jureczka za trzy złote, baba brudnymi łapami odłamuje byle jak, w gazetę zawija.
Z jedzeniem w teczce, bo przecież nie będę siaty w rękach nosił jak służąca jakaś, idę dalej. Jak się pieniądze ma, to wszystko jest dla ludzi,  wszystko można przeżyć.
A ja miałem. Jeszcze w sierpniu,  tydzień przed mobilizacją, konto w PKO się wyczyściło, wiele tam nie miałem, ale jednak było coś, więc się wyczyściło, takim się jest zapobiegliwym, takim mądrym, kupiło się złoto po cenach paskarskich, ale przedwojennych, kupiło się dolary i teraz się ma, i Hela też ma za co Jureczka nakarmić, o czym myślałem z dumą, mijając ogonek pod PKO, specjalnie drogi nadłożyłem, żeby sobie na ten ogonek aż do Filharmonii popatrzeć, po pięćdziesiąt  złotych jednorazowo wydają, ludzie patrzą na siebie oczami wilczymi spod rond kapeluszy i w tych spojrzeniach: sanacja, złodzieje, pułkowniki zakichane, gdzie są nasze, moje pieniądze!
A ja mam. Bo ja jestem mądry, a ludzie idioci.
Bo jesteś mądry, a ludzie idioci.
Drogi nadłożyłem też dlatego, że ostatni raz byłem w PKO razem z pułkownikiem i majorem Tomaszewskim, zastępcą i rotmistrzem Chochołem ze szwadronu  cekaemów, w dzień kapitulacji, ale przed ogłoszeniem jeszcze, Tomaszewski dostał Virtuti, Chochoł też Virtuti, a ja Walecznych  dostałem za nic, więc byliśmy w PKO, w podziemiach, ja taktownie z tyłu, nie odzywam się, bo tam generały: Rómmel, Kutrzeba,  Tokarzewski,  Czuma stoją nad mapami, palą papierosy, pokonani, skapitulowani, przegrani, Polskę przesrali,  ale stoją nad mapami, pozapinani  pod same szyje, srebrne kołnierzyki, generalskie pistoleciki w kaburach maleńkich przy dupie, damki szóstki czy siódemki, akurat takie, żeby sobie w łeb palnąć, ale jakoś sobie żaden nie palnął, chociaż oddali wszystko, co było do oddania, nie tylko guzik od płaszcza.
Nasz pułkownik gadał z szefem sztabu Rómmla, tak, kapitulacja zdecydowana, a ja miałem ochotę wielką wyjąć pistolet i te generalskie łby poodstrzeliwać, jeden po drugim.
A dzisiaj ani śladu generałów, tylko ludzie stoją w ogonku, żeby swoje pięćdziesiąt złotych dostać.
Z jedzeniem w teczce idę do Europejskiego, do Loursa, posłuchać, co mówią. Co gadają, co bełkoczą, kłapią szczękami jak dziady proszalne puszką o trotuar. Ale co tam, idę, do Loursa idę, aby jeszcze to trochę odwlec, to, co nastąpi potem. W końcu czterdziesty dziewiąty dzień trzeźwości typu em.
Wchodzę. W środku ścisk  niemożliwy, większość  — oficerowie. Część udaje, że oni to wcale nie oni, ale patrzy im z mordy zupakiem z daleka, z mordy, nie z mord, bo oni wszyscy mają jedną mordę zupacką,  pułkownikowską, majorowską, kapitańską,  panowie szlachta,  tak się im ładnie mieściła ta wygolona morda nad wężykami  na wysokich  kołnierzach, zadaszona lakierowanym  okapem czapki, a teraz smutno tkwi na chudych albo tłustych karkach, nad brudnymi kołnierzykami cywilnych koszul, nad szarymi albo brązowymi ubraniami, które Bóg wie skąd pobrali. Długi Faliński w ubraniu zdjętym chyba z karła, rękawy marynarki  w pół drogi między łokciem a nadgarstkiem z białym śladem po zegarku. Tłuścioch  w rogu rozpycha tłustym biustem poły swojej marynarki, jakby była pękniętą kiszką  smażonej kaszanki,  ledwie dopięta na brzuchu koszula w równych  elipsach między guzikami odsłania ciało jak włochate ciasto.
Inni — w mundurach, półmundurach raczej, cywilne  marynarki  i bryczesy polowe, płaszcze wojskowe, ale uwieńczone kapeluszami.  Ci nie muszą się ukrywać, to modlińczycy. Zresztą przed kim się ukrywać, tu Niemców nie ma, Niemcy po kawiarniach nie chodzą.
Wszyscy oczywiście  chcą być ze mną za pan brat. Nie dlatego, żeby za pan brat chcieli być akurat właśnie ze mną. Tutaj wszyscy  za pan brat, a oni sądzą, że ja się wliczam  w to ich „wszyscy”.
I gadają: że Francja. Że Sikorski  rząd, a Rydz internowany, że sanacja to, że sanacja tamto. Idiota kliniczny przy stoliku pod oknem peroruje, iż Polska przyjąć musi formę duchową, stać się państwem ducha i z ducha się ponownie narodzić, jako kraj bez nierówności  i bez prześladowań,  jako kraj obywateli  światłych, połączonych  umiłowaniem  dobra, piękna, postępu, Boga, sprawiedliwości i przyjaźni.
I anyżkowych cukierków, koniecznie. Tak sobie myślę właśnie, że jeszcze muszą być anyżkowe  cukierki, likier  różany i kokaina darmo. Wybieram stolik na drugim końcu sali, bobym go w pysk musiał strzelić, na drugim końcu zresztą siedzą nad flaszką wódki Rudzik z Malinowskim i do nich się przysiadam.
A oni swoje. Rejestrować się czy nie? Ogłoszenie Cochenhausena przedwczorajsze czytałeś? Czytałem. Wczoraj nazwiska na litery od a do ka. Jutro — od el do zet. Rudzik mówi, że nie idzie,  Malinowski się waha, ale raczej też nie. Jak się zarejestruje człowiek,  to nie ma siły, skierują do obozu. A może nie skierują? A przecież: Francja, Francja, Francja, bić Niemców.
— Nie nabiliście się już przez te trzy tygodnie? — pytam. — Małoście dostali?
A oni swoje. Sanacja i sanacja, ukarać i rozliczyć.
— Kogo chcecie karać? — pytam. — Marszałka? Na grób mu naszczać?
— Nie da się, warty stoją — odpowiada poważnie Rudzik. A oni nie słuchają. Słuchajże, Kostek, to proste przecie, do Krakowa tak a tak, z Krakowa na Budapeszt tak a tak i śmak, a to przez Tatry na nartach tak a tak albo inaczej znowu tak, a w Budapeszcie  nawet jak internują,  tam podobno bardzo pomagają z ministerstwa  honwedów, minister  Bartha pomaga, więc jak internują,  to zaraz puszczą, a jak puszczą, to do Konstancy  tak albo siak,  stamtąd na jakiś statek i na Morze Śródziemne i do Marsylii, a tam już wojsko nowe, sojusznik da nam czołgi i wszystko nam da, będziemy Niemca bić, bolszewika  będziemy bić, wszystkich będziemy bić, za wolność
waszą, hurra, na Berlin,  tacy jesteśmy! Wiwat! Wiwat!
— Jakby miał nam dać, to nie było mu łatwiej w sierpniu dać? — pytam.
A oni patrzą na mnie oczyma złymi spod brwi nastroszonych i zastanawiam się, czy już chcą rzucić to słowo, czy jeszcze nie, więc patrzą, a ja widzę ich oczy jak okna paskami papieru na krzyż zaklejone. Rzucić  chcą, do rzucania prędcy są, ale nie rzucą, bo się boją, bo życie zbyt już trudne, żeby sobie jeszcze sądy koleżeńskie do tych trudności dodawać. Więc nie.
Rudzik wyciąga gazetę.
— Co to jest? — pytam.
Rudzik  wzrusza  ramionami.  No bo co ma być? Nowy „Kurjer Warszawski”. „Kurjera Warszawskiego” już nie ma, nie ma go, bo może był stary, a tu proszę, pierwszy  numer. Na pierwszej stronie: „Ważne wyjaśnienia dotyczące wypadków poprzedzających konflikt niemiecko­polski”. Obok: „Churchillizm.  Interesujący artykuł Bernarda Shawa”.  Patrzę w stopkę. Franciszek  Sowiński. Nie znam. Pewnie  pseudonim:  boi się chłopina, że mu nikt ręki nie poda, bo się Niemcom wysługuje.
Dosiada się gość w płaszczu do naszego stolika, z Rudzikiem podają sobie ręce jak starzy  przyjaciele.  Widać  zaraz: oficer, same oficery.
Patrzy na mnie. Niski, brzuch jak piłka, ale twarz szczupła.
— Kalabiński jestem. Pułkownik.
I łapę wyciąga, łapę więc ściskam.
— Willemann  jestem. Pijak — odpowiadam. Śmieją się obaj, Kalabiński i Rudzik.
— Podporucznik  taki  figlarz  jest — mówi  Rudzik, aby pierdolony  pułkownik  ani przez chwilę  nie miał wątpliwości, że gada z oficerem, chociaż od razu widać, że młodszym i rezerwy, ale jednak, co oficer, to oficer.
— Pan pułkownik też ze Śląska — dodaje jeszcze.
— Z Sosnowca — poprawia Kalabiński. — Pan Ślązak?
— Nie — zaprzeczam. — Warszawiak. Tyle że na Śląsku rodzony.
Nie drąży dalej, szczęśliwie nie drąży.
— Strasznieśmy  się na Śląsku bili — mówi za to, niby nie do mnie, tylko w przestrzeń. — I potem cały czas. Pan się biłeś?
Patrzę na niego tak, żeby widział  moją niechęć.
— Tylko w knajpach z alfonsami, jak mi kurwa darmo dać nie chciała — odpowiadam.
— Och, pan Willemann bił się w dziewiątym  ułanów! — spieszy z wyjaśnieniem  Rudzik,  śmiejąc się niepewnie.
I nalewa Kalabińskiemu kieliszek. Ten wychyla.
— Śmieszna  rzecz mi się przypomniała  — mówi,  jakby od razu wódką podochocony, ale głos nagle ścisza. — Byliśmy w takim miasteczku, Stopnicy, same Żydki zresztą, i jedzie sobie autobus, w nim pełno Niemców, to zaczęliśmy do nich walić, a potem się okazało, że to muzykanty. Wojskowe, w mundurach. Ale autobus jak rzeszoto, muzykanty też, trąby, panie, postrzelane i podziurawione.  Głupia  sprawa,  karabinów  nie mieli, tylko te trąby.
Rzygać mi się chce.
Dopijam wódkę, cześć, idę, nic tu po mnie.



FeltöltőP. T.
Az idézet forrásaWydawnictwo Literackie
Megjelenés ideje

Morfium (részlet) (Magyar)

1. Fejezet
 
Fejfájás. Bűz.
Szétrobban a feje. A nyelve érdes, mint egy kiszáradt, döglött csiga. Szájpadlásán megszáradt váladékkéreg. Szétrobban a feje. Üresség. Saját kipárolgásának a bűze.
Szóval felébredt? Felébredt? Nem ébredt fel. Aludjon még? Alvás, álmában eltűnik a szenvedés? Nem tűnik el.
Álmában… Álom volt?
Szóval felébred. Felébredek. Felébredtem. Ég a szeme, túrja kifele a takonyrögöket, az ujjammal túrom, csipás szem. Kinyitom. Hol vagyok? Nem otthon.
Muszáj felkelni, felkelni, vécézni, könnyíteni magamon. Nincs kedvem. Feküdne, feküdnék. Hol van? Nem otthon. Muszáj felkelni.
Felkelek. Felkeltem. Szédülés. Leül az ágyra.
Ül, ülök, szédülés, hányni, egy hirtelen ugrással előrevetem magam, mint egy vívó, egy úszó, előre, előre, ki a lakásból, amely nem az enyém, a folyosóra, a budiba.
Ürül, ürítek, a feszes tömlőből petyhüdt tömlő lesz. Szétrobban a fejem. Van víz? Elforgatom a négyágú csapot a kék plakettel, olyan, mint a Virtuti Militari jelvény, nincs víz, még mindig nincs. Van a vödörben. Aniela hozta, vagy valaki más.
Leöblítem a vécét a vödörben lévő vízzel. Aztán mosdó, dugó, vízsugár a mosdó porcelánkagylójába, iszol? Iszom. Iszunk. Iszunk.
Tegnap: a Városi Tanács közleményben sorolja fel a huszonkét ingyenes vízvételi pontot. Az ezeken a pontokon vett vizet használat előtt fel kell forralni. Szarok rá. Megpaskolom az arcom, a maradék vizet püffedt pofámra locsolom, recseg a koponyám, hallom, ahogy recseg, belülről duzzadt agyam nyomja a csontot, kívülről a jeges vízsugár hűti, felemeli a fejét. Engem lát a koszos tükörben.
Én vagyok az. Konstanty Willemann.
No meg a vodkázás eredménye. Konkrétan a borozásé: az utolsó négy üveg, magamban, a konyhaasztalnál, az Aniela által platnin pirított, fokhagymával bedörzsölt, sós kenyeret harapva hozzá. Az utolsó négy üveg. Nincs több. Nem lesz több. Lehet, hogy soha többé nem lesz? Hülyeség, bor mindig lesz. Csak nem nekem.
Az M-absztinencia ötvenharmadik  napja. A németek tizennegyedik napja Varsóban. Magányos ivászat, a második üveg felétől disznó dalok éneklése, a harmadiknál hazafias dalok, az ám, a negyediknél zokogás, zokogás, zokogás. A résnyire nyitott konyhaajtón benéz Aniela álmos arca, nincs szüksége valamire? Kifele, te szipirtyó, kifele, te kikent-kifent múmia, magányra van szükségem, magányra vágyom a magam és városom tragédiájában, meg az ötödik üveg burgundira – egyiket se kaphatom meg!
Szükségtelen utólag elnézést kérnie Anielától. Aniela már megszokta. Ha az uraság leissza magát, szidja a világot és az embereket. Az uraság már csak ilyen. Az uraságok már csak ilyenek.
Eszembe jut az ordítozás, míg a tükörbe nézek. Eszembe jut Aniela: idős varrónő, anyósom cselédjének a nővére. Az ő kis szobájában bujkálok. Ő a konyhában  alszik. A háziak, akiktől a szobát bérli, nincsenek itthon. Elmenekültek. Én nem. Most pedig nézek a tükörbe.
Én vagyok az. Kócos haj, sápadt pofa, kétnapos borosta.
Csak most ér el a tudatomig vagy inkább idéződik fel a kép: a romba dőlt város, már nem az enyém, Hela és a kis Jurek a lakásunkban
a Madaliński utcai Wedel-házban, mozgósítás, ostrom, kapitulálás. Starzyński a külvárosi szegénynép ellen harcoló német hadsereg szégyenéről szövegel, érdemrendek,  elmaradt zsold, Ksyk őrülete és fekete bajsza, a kapituláció után átvonulás a Sielecki parknál és a Parkowa utcán lévő állásainkból a könnyűlovas-laktanyába, ott kéne várni, hogy induljunk a hadifogságba, én viszont nem megyek, nyomom a szöveget, hogy tovább kell harcolni, az ezredes elenged, menj, menj, igazad van, tovább kell harcolni, a pisztolyomat, néhány társam fegyverével egyetemben, elássuk a názáreti nővérek kertjében a Czerniakowskán, az egyenruhát később elégetjük a kályhában, a csizmát is, pedig a csizmáért kár, eszméletlen büdös; nem vonulok hadifogságba, szó se lehet róla. Előtte meg, mozgósításkor – az ígéret. Absztinencia. A kapituláció után ez az M-absztinenciára korlátozódik; ezzel magyarázható tegnap az utolsó néhány üveg bor, hol lehet most bort szerezni? Sehol. Bujkálás, kész röhej!
Füst az égő Citadella fölött, milyen magasztos és szép. Testvéri üdvözletünket küldjük a Hel-félszigeten harcoló katonáknak, mondja remegő hangon a rádióbemondó, éljen Lengyelország, nem halt még meg Lengyelország. Pedig de.
Megadom magam.
Iszom még egy kis vizet, egyenesen a vödörből, erős karommal megemelem, mígnem megint olyan lesz a hasam, mint egy tömlő. Tükör. Én vagyok az, én, én.
Gyűlölöm ezt a helyet. Gyűlölöm.
– Aniela, főzzön egy kávét! – kiáltok; a kiáltás szögeket ver a homlokomba, vastagok, mint Pilátus ujja.
– Nincs kávé! – kiált vissza türelmesen Aniela a lakásból, tegnap is így kiabált.
Tudom, hogy nincs, mit kiabálok?
– Akkor főzzön egy teát.
– Nincs tea. Csak most gyújtom be a tűzhelyet. Miért, miért, miért?
– Ennivaló van valami?
– Semmi. Menjen le, venni köll. A csarnokban árulnak kenyeret, harminc garas kilója, negyedelve árulják.
Aniela morog, a konyhában morog, a kis konyhában a kis lakásban, ahol még ki is adnak egy szobát, egy szobát, amelynek öregasszonyszaga van, főttkáposztaés hagymaszaga, pedig biztos legalább egy hónapja nem főzött semmiféle hagymát vagy káposztát, mégis; vagy csak jobb volna, ha főttkáposzta és hagymaszaga lenne, ha pacalszaga lenne, csak én indukálom magamnak ezeket a szagokat, én találom ki őket, hogy erőt öntsek magamba?
El innen, muszáj. El innen ebből a lakásból, és nem jönni vissza. Az ablakban – eső, hideg. Vissza a fürdőszobába. Borotválkozzak, vagy sem? Borotválkozni hideg vízben? Mégiscsak borotválkozni. Valami frizurát csinálni. De semmi brillantin, pedig van, a polcon a dobozban, ezek most nem brillantinos idők, háborús idők, úgyhogy csak fésű, hogy ne olyan kócosan induljak el. Aztán aszpirin, kettő. Ez is fogyóban. Aztán trikó, alsó, zokni. Aztán felöltözöm vastag skót gyapjúba, a zakó alá meleg pulóvert húzok. Kalap. Sál. Kabátot még nem veszek, nincs még kabátidő. Nem elég, nem elég. A tweed melegít, de nem elég. Olyan ruha kell, hogy látsszon: nem akárki vagyok, mégis akárki. Hogy védjen a világ széthullásától, hogy emlékeztessen, nem akárki vagyok.
Én én vagyok. Konstanty Willemann, szeretem az autókat és az elegáns ruhákat, nem szeretem a lovakat, az egyenruhát és a veszteseket. Nem akárki vagyok. És mégis.
De ez nem vezet sehova, sehova. Nézem magam a tükörben, én én vagyok, a világ viszont volt-nincs, és ebben a világban én már nem én vagyok, vagy ha én vagyok, akkor is egész biztosan akárki. Még drága ruhában,  drága cipőben is. Akárki. Ez az.
El innen. Megvetően csukódik mögöttem az ajtó. Gúnyt űz belőlem ez az öregecske ajtó, Aniela ajtaja, amely nem az enyém, bár az én felügyeletem alatt áll. El innen. Nem jövök vissza. Még nem tudom, hova megyek, de ide nem jövök vissza.
Kimentem a városba: nem az én városom. Az ablakokból hiányzott az üveg, ahol volt, keresztben leragasztva papírral, megannyi andráskereszt, rajta keresztre feszítve az életünk, de legtöbbször vak furnér és fekete szemgödör a kivájt keret és kitépett ablaküveg helyén. A boltok bezárva, bedeszkázva vagy levegőbe repítve, kereskedés a bolt helyett az utcán, árultak mindent: angol lovaglócsizmát, fésűt, lámpát, ennivalót, olyan árakon, amiért főbe lövés járna. És micsoda alakok! Varsó környéki kofák, akik isten tudja, honnan szedték az árujukat, előkelő hölgyek, apacsok, huligánok, kölkök. A társadalom  szélnek eresztve: nincs zsidó, nincs görög, nincs hölgy, nincs kurva, nincs tanár, nincs tolvaj. Romos boltokból, rablásból vagy közönséges fosztogatásból származó áru, illetve saját szőrmebunda; a régi világ elillant, újságpapírra és papundeklire kirakva az utcán, elillant a dolgok rendje, akár az elkótyavetyélt kristályholmi, a hűvös októberben kívánatos bundák az ismerős szekrényből kiröppentek az utcára, és az utcáról ismeretlen kezekbe; egy nő lovassági nyerget próbált eladni, kinek a lováról húzta le, kinek a feneke alól rángatta ki, minek kellene bárkinek ilyen portéka? Hacsak nem a hátára kötözi, és németeket furikázik az utcán.
Még főbe lövik.
– Ezért főbe lőhetik! – mondtam.
– Eriggyen innét, ha nem vásárol!…
Hát mentem. Milyen jó, hogy van pénzem, márpedig van, mert okos vagyok. Először is végigvonulok, én okos, a Krochmalna utcán, zsidók sürögnek, kizárólag dollárért-aranyért  árulnak mindent, sietnek, és be vannak tojva, de én megyek, oda se bagózok a zsidókra, megyek a vásárcsarnokba kenyeret, szalonnát, tojást venni. A standok felénél ülnek. Csillagászati árak, egy kiló kenyér egy hetven. Az elöljáróság által forgalmazott, harminc garasos kenyér elfogyott, egytől egyig elkelt. Piaci áron kell venni, drágábban, mint a zsidónál. Veszek egy kilót. A kenyéren kívül egy bögre aludttejet is veszek, mocskos bögre madzagon, a kofa tíz garasért tölt a tejeskannából mindenkinek, aki kér, fizetek, fenébe a koszos szájnyomokkal a bádogbögrén, iszom, az majd segít.
Nem segített. A nőnek van csokoládéja, háború előtti, egy tábla tizenkét złoty. Tizenkét złoty! Vettem Jureknek háromért, a nő koszos mancsával letör valamennyit, újságpapírba csavarja.
Az ennivalóval a táskámban (mégse fogok bevásárlóhálóval járni, mint egy cseléd) megyek tovább. Ha van pénzed, minden van, mindent túl lehet élni.
Nekem pedig volt. Még augusztusban,  egy héttel a mozgósítás előtt lenulláztam a bankszámlámat, nem sok volt rajta, de valamennyi mégis, szóval lenulláztam, ilyen előrelátó vagyok, ilyen okos, vettem aranyat feketepiaci, de azért háború előtti áron, vettem dollárt, és most van, és Helának is van miből etetni Jureket, gondoltam büszkén, míg elsétáltam az Állami Takarékpénztár  előtt kígyózó sor mellett, direkt kerülőt tettem, hogy megszemléljem ezt a Filharmóniáig kígyózó sort, fejenként ötven złotyt fizetnek ki egyszerre, az emberek villogó szemmel nézik egymást a kalapjuk alól, ott van a pillantásukban: szanációs rendszer, rohadt tolvajok, ezredesek, hol a pénzünk, a pénzem!?
Az enyém megvan. Mert okos vagyok, az emberek meg hülyék. Mert okos vagy, az emberek meg hülyék.
Azért is tettem kerülőt, mert utoljára a kapituláció napján, de még a bejelentés előtt jártam az Állami Takarékpénztárban az ezredessel, a helyettesével, Tomaszewski őrnaggyal és Chochoł kapitánnyal a nehézgéppuskás századból. Tomaszewski Virtutit kapott, Chochoł is, én a semmiért Vitézségit; szóval ott voltunk a Takarékpénztár pincéjében, én illedelmesen hátul, hallgatok, mert köröskörül tábornokok: Rómmel, Kutrzeba, Tokarzewski, Czuma állnak a térkép fölött, cigarettáznak, legyőzetve, megadva magukat, vesztesen, elpuskázták Lengyelországot, de csak állnak a térkép fölött, állig begombolkozva, ezüst gallérok, finom tábornoki pisztolyok kis táskában a seggükön, női hat-hét milliméteresek, épp arra jók, hogy a fejükbe eresszenek egy golyót, de valahogy egyikük se eresztett, pedig odaadtak mindent, amit odaadhattak, nem csak a kabátgombjukat.
A mi ezredesünk Rómmel vezérkari főnökével dumált, igen, a kapitulálás eldöntve; legszívesebben elővettem volna egy jó nagy pisztolyt, és szép sorban kilőttem volna a tábornoki fejeket.
Most a tábornokoknak nyoma sincs, csak az emberek állnak sorba, hogy hozzájussanak az ötven złotyjukhoz.
Az ennivalóval a táskámban az Európa Szállóba, a Lourse cukrászdába megyek, hogy meghallgassam, miről beszélnek az emberek. Hogyan jártatják a szájukat, hordanak össze hetet-havat,  csattogtatják az állkapcsukat, mint kéregető vénember dobozzal a járdát. Dehogy – azért megyek a Lourse-ba, hogy kicsit még halogassam, ami ezután jön. Végül is ez az M-absztinencia negyvenkilencedik napja.
Belépek. Bent iszonyú tömeg, többségükben tisztek. Egy részük úgy tesz, mintha nem is az lenne, aki, de messziről látszik a pofájukon, hogy zupások, egyetlen hatalmas zupáspofájuk van, ezredespofájuk, őrnagypofájuk, kapitánypofájuk, nemesurak, olyan szépen elfért a beretvált pofájuk a magas gallérjukon hullámzó csíkok fölött, sapkájuk lakkozott ellenzőjétől fedve, most bánatosan ül vékony vagy épp kövér nyakukon, civil ingük piszkos gallérja fölött, szürke vagy barna ruhájuk fölött, amelyet isten tudja, honnan szereztek. A hórihorgas Faliński alighanem egy törpéről lehúzott gúnyában, zakója ujja félúton a könyöke és a karórája fehér nyomát őrző csuklója között. A sarokban ülő hájpacni kövér mellkasa szétfeszíti a zakóját, mintha megrepedt sült hurka lenne, küszködve begombolt inge szabályos ellipszisekben felfedi a hasát a gombok között, mint szőrös tésztát.
Mások – egyenruhában  vagy félig egyenruhában,  civil zakó és tábori bricsesz, katonakabát, de kalappal koszorúzva. Nekik nem kell bujkálniuk, ők modliniak. Különben is, ki elől bujkálnának, itt nincsenek németek. Kávéházban nem mászkálnak németek.
Persze mindenki bizalmaskodni akar velem. Nem mintha éppen velem akarna bizalmaskodni. Itt mindenki bizalmaskodik, és azt hiszik, én is beletartozom az ő „mindenkijükbe”.
És lökik a szöveget: Franciaország, Sikorski kormányt alakít, Rydzet internálták,  így a szanáció, úgy a szanáció. Egy elmebeteg az ablaknál lévő asztalnál arról szónokol, hogy Lengyelországnak szellemi formát kell öltenie, szellemi állammá kell válnia, és a szellemből kell újjászületnie egyenlőtlenségek és üldöztetések nélküli országként, a felvilágosult polgárok országaként, akiket a jóság, a szépség, a haladás, az Isten, az igazságosság és a barátság szeretete köt össze.
No meg az ánizscukorkák szeretete. Ánizscukorka is kell, gondolom magamban, rózsalikőr és ingyen kokain. A terem túlsó végében választok asztalt, mert kénytelen lennék a pofájába lőni a szónoklónak, a túlsó végen mellesleg Rudzik ül Malinowskival egy üveg vodka fölött, melléjük ülök.
Ők fújják a magukét. Regisztráltatni, vagy sem? Olvastad tegnapelőtt Cochenhausen közleményét? Olvastam. Tegnap az A-tól K-ig kezdődő nevek. Holnap az L-től Z-ig. Rudzik azt mondja, nem megy el, Malinowski nem tudja eldönteni, de inkább nem. Ha valaki regisztráltatja magát, nincs mese, irány a láger. Vagy mégsem? Franciaország, Franciaország, ütni a németeket.
– Nem verekedtetek eleget ebben a három hétben? – kérdem.
– Keveset kaptatok?
Ők fújják a magukét. Szanáció, megbüntetni, elszámoltatni.
– Kit akartok ti megbüntetni? – kérdem. – A marsallt? Lepisálni a sírját?
– Nem lehet, őrzik – feleli komoly képpel Rudzik.
Nem figyelnek rám. Figyelj, Kostek, pofonegyszerű, Krakkóig így és így, Krakkótól  Budapestig így és így meg amúgy, a Tátrán keresztül sílécen így és így, vagy éppen úgy. Budapesten, ha internálnak is, állítólag sokat segítenek a honvédelmi minisztériumban, Bartha miniszter segít, szóval ha internálnak, rögtön elengednek, ha meg elengednek,  így vagy úgy eljutsz Constanzába, onnan egy hajóra, a Földközi-tengeren át Marseille-be, ott meg már alakul az új hadsereg, a szövetséges ad harckocsit és mindent, kiverjük a németeket, kiverjük a bolsikat, kiverünk mindenkit, a ti szabadságotokért, hurrá, meg se állunk Berlinig! Éljen! Éljen!
– Ha olyan nagyon adni akar nekünk, nem lett volna egyszerűbb augusztusban adnia? – kérdem.
Mire dühös tekintettel néznek felborzolódott szemöldökük alól, azon tűnődöm, máris odavetnék-e azt a bizonyos szót, vagy még nem; néznek, s én látom a szemüket, mint papírcsíkokkal keresztben leragasztott ablakokat. Odavetnék, hajlanak rá, de nem vetik: félnek, túl nehéz már az élet, hogy baráti véleményekkel szaporítsuk a nehézségeket. Szóval nem.
Rudzik elővesz egy újságot.
– Mi az? – kérdem.
Rudzik megvonja a vállát. Mi lenne? Az új Kurjer Warszawski. A Kurjer Warszawski már nincs, nincs, talán mert öreg volt, és most itt az első szám. A címoldalon: „Fontos magyarázat a német– lengyel konfliktust megelőző eseményekkel kapcsolatban”. Mellette:
„Churchillizmus. Bernard Shaw érdekes cikke”. A kolofonra pillantok. Franciszek Sowiński. Nem ismerem. Biztos álnév: fél szegényke, hogy senki se fog szóba állni vele, amiért a németeknek nyal.
Odaül az asztalunkhoz egy pofa kabátban, régi barátokként ráznak kezet Rudzikkal. Rögtön látszik: tiszt, csupa tiszt van itt.
Rám néz. Alacsony, hasa, mint egy labda, de az arca vékony.
– Kalabiński. Ezredes.
És a mancsát nyújtja, hát megszorítom.
– Willemann. Részeg – felelem.
Mindketten nevetnek, Kalabiński és Rudzik.
– A hadnagy úr nagy mókamester – mondja Rudzik, hogy a kibaszott ezredesnek egy pillanatig se legyenek kétségei, hogy tiszttel beszél, bár rögtön látszik, hogy fiatal tartalékossal, de azért a tiszt, az tiszt.
– Az ezredes úr is sziléziai – teszi még hozzá.
– Sosnowieci – helyesbít Kalabiński. – Maga sziléziai?
– Nem – rázom meg a fejem. – Varsói. Csak Sziléziában születtem. Nem gyötör tovább, hál’ istennek nem.
– Keményen harcoltunk Sziléziában – mondja viszont, nem is anynyira nekem, mint inkább a levegőbe. – És aztán végig. Maga harcolt?
Úgy nézek rá, hogy lássa rajtam az ellenszenvet.
– Csak a kocsmában a stricivel, ha nem jött el velem ingyen a kurva – felelem.
– Ó, Willemann úr a kilencedik ulánusezredben harcolt! – siet a magyarázattal Rudzik, bizonytalanul kacarászva.
És tölt egy pohárkával Kalabińskinek. Az felhajtja.
– Eszembe jut egy mulatságos eset – mondja, mintha egy csapásra jókedvre derítette volna a vodka, de hirtelen lehalkítja a hangját.
– Egy kisvárosban voltunk, Stopnica, különben színzsidó, jön egy busz tele németekkel, lőni kezdjük, aztán kiderült, zenészek. Katonazenészek, egyenruhában. De a busznak már kampec, a zenészeknek is, a trombiták,  képzeljék, szitává lőve, teleluggatva. Hülye ügy, nem voltak puskáik, csak trombitáik.
Forog a gyomrom.
Felhörpintem a vodkát, sziasztok, megyek, semmi keresnivalóm itt.



FeltöltőP. T.
Az idézet forrásaTypotex
Megjelenés ideje
Itt vegye meg!

minimap