Ez az oldal sütiket használ

A portál felületén sütiket (cookies) használ, vagyis a rendszer adatokat tárol az Ön böngészőjében. A sütik személyek azonosítására nem alkalmasak, szolgáltatásaink biztosításához szükségesek. Az oldal használatával Ön beleegyezik a sütik használatába.

Hírek

Stasiuk, Andrzej: Rudňany (Rudňany Német nyelven)

Stasiuk, Andrzej portréja

Rudňany (Lengyel)

To jest opowieść ze Słowacji.
Trzeba dojechać do Spiskiej Nowej Wsi a potem jeszcze dziesięć kilometrów w głąb gór. Po drodze mija się Markušowce, a w nich rokokowy pałac węgierskiej magnackiej rodziny Máriássych. Jego bajkowa sylwetka wśród niszczejącej zabudowy wygląda nieco surrealistycznie. U stóp budowli Cyganie ciągną wózki wyładowane zebranym drewnem. Po drugiej stronie pałacowego parku stoi letni zameczek wybudowany przez jednego z Máriassych pod koniec XVIII dla cesarza Józefa II. Cesarz miał zjawić się z wizytą i potrzebna była odpowiednia oprawa dla jego majestatu. Nigdy jednak nie przyjechał. Teraz z okien odrestaurowanego zameczku można wyjrzeć na drogę i rzekę, w której cygańskie kobiety piorą kolorowe dywany, a smagła dzieciarnia bawi się wśród srebrnych rozbryzgów wody.
Ale do Rudňan jest jeszcze kawałeczek drogi. Wjeżdża się w głąb doliny i robi się coraz ciemniej. Po prawej stoją jakieś zrujnowane hale, jakieś wielkie betonowe bloki z dziesiątkami wybitych okien. To jest martwe i zimne od dawna – tak wygląda. Tam biegną tory kolejowe i widać resztki wagonów, rdzewiejące konstrukcje ramp i suwnic. Zaraz za tym zdechłym industrialem zaczynają się zielone góry i jakby się człowiek uparł, to lasami, ścieżkami i turystycznymi szlakami dotarłby w dwa-trzy dni do granicy Węgier na południu. Lecz tym razem Rudňany muszą wystarczyć za cel podróży i gdy dolina zwęża się jeszcze bardziej, można dostrzec, że w tym księżycowym krajobrazie żyją ludzie. Z ceglanych ruder, które mogły być kiedyś zabudowaniami stacji kolejowej, unosi się dym i smali na czarno prowizoryczne dachy ułożone ze skrawków zardzewiałej blachy. Wśród tlących się hałd śmieci baraszkuje ciemnoskóra dzieciarnia. Trudno ocenić, czy po prostu się bawi, czy próbuje coś odzyskać spomiędzy stert odpadków. Ziemia tutaj dymi, wydziela smród i ma się wrażenie, że dzieciaki mają skórę poczerniałą od dymu. Gdyby nie ich ruchliwość, ich wesołość można by pomyśleć, że wjeżdżając do Rudňan, wjeżdża się do piekła.
Tymczasem Rudňany to górnicza osada obok nieczynnej kopalni. Od siedmiuset lat wydobywało się tutaj srebro, rtęć, miedź i żelazo. Teraz wszystko zamiera. Nie ma tu niczego pięknego. Bure budynki miasteczka zostają po prawej stronie stłoczone w ciasnej dolinie. Droga wspina się zakosami w górę. I końcu widać, że przez wieki ktoś wybrał wnętrze góry, wywiózł skały, kruszec i pozostawił ogromną dziurę w ziemi. Na jej dnie żyją Cyganie. Ich ni to szałasy, ni to lepianki tkwią w otchłani jakby zrzucone tam kaprysem jakiegoś złośliwego demiurga. Dzień zaczyna się tam później i trwa krócej. Skalne ściany wznoszą się pionowo na wysokość kilkudziesięciu metrów. Nie ma wątpliwości – tak wygląda piekło. Piekło, które ktoś zaludnił i próbuje w nim żyć. Tysiąc Cyganów wybudowało tam osadę przypominającą improwizacyjny cud. Budy, lepianki, szałasy wyglądają tak, jakby w każdej chwili mógł je porwać wiatr, jakby mógł je spłukać deszcz. Ludzie, którzy nic nie posiadają, zamieszkali w jamie z  której wydarto i wywiezione całe bogactwo i została tylko jałowa ziemia. No i ci, co nic nie mają, żyją tam, gdzie nic nie ma.
Nędza tego widoku zamieniała się w coś w rodzaju metafory. Nigdy jeszcze nie widziałem miejsca tak przeklętego, w którym jednocześnie toczyłoby się życie jak najbardziej normalne. Obok szosy, kilkadziesiąt metrów w górze, niejako na powierzchni ziemi, był wielki betonowy plac i kilka zniszczonych szarych budynków wyglądających na pozostałość kopalnianych biur. Na tym placu setki ludzi przechadzało się, przystawało i gawędziło jak na corso. Nie mieli innego zajęcia, więc po prostu przebywali ze sobą. Przypominało to jakąś alegorię niedzieli albo w ogóle alegorię święta. Tłum był żywy, wystrojony, kolorowy i jednocześnie rozleniwiony. Nikt ich nie potrzebował, więc zajmowali się sobą. Wspólnie zabijali czas.
Patrzyłem na nich i wyobrażałem sobie przyszłość świata z tą rosnącą liczbą ludzi, którym ktoś powie, że są po prostu zbędni. Bo nie ma dla nich zajęcia, nie ma miejsca, nie ma możliwości i właściwie to już zamykamy i nigdy nie będzie czynne. I ci, co się nie załapią, będą musieli przestać, przespacerować i przegadać resztę czasu albo wieczności na jakimś betonowym placu.
Ale przecież ich liczba będzie tak wielka, że świat może się rozpaść na dwie części i jedną trzeba będzie zamknąć na głucho przed tą drugą. Bo czy na przykład potrzebna jest komuś Afryka? Chyba tylko najemnikom, Legii Cudzoziemskiej i handlarzom diamentów. No i jeszcze marzycielom, którym w dzieciństwie śnią się dalekie podróże. Dla reszty Afryki mogło by nie być. Tak jak mogło by nie być Cyganów z Rudňan z tą ich ahistoryczną egzystencją, brakiem pisma oraz państwa. Z tym ostatnim sprawa jednak nie jest przesądzona: demografowie twierdzą, że przy takim przyroście naturalnym za pięćdziesiąt lat nie tylko w Rudňanach, ale i w całej Słowacji będą stanowili większość. Tak więc Polska ma szansę sąsiadować od południa z pierwszym cygańskim państwem w dziejach.


Rudňany (Német)

Das ist eine Geschichte aus der Slowakei.
Man muss nach Spišská Nová Ves und dann noch zehn Kilometer in die Berge hinein fahren. Unterwegs kommt  man an Markušovce vorbei und dort an dem Rokokoschloss der ungarischen Adelsfamilie Máriássy. Sein märchenhafter Umriss sieht inmitten der verrottenden Gebäude etwas surrealistisch aus. Am Fuße des Schlosses ziehen Zigeuner Wagen mit Holz, das sie gesammelt haben. Auf der anderen Seite des Schlossparks steht ein Ende des 18. Jahrhunderts von einem der Máriássys gebautes Sommerschlösschen für Kaiser Joseph II. Der Kaiser sollte zu Besuch kommen, und man brauchte für seine Majestät einen entsprechenden Rahmen. Doch er ist nie dort erschienen. Jetzt kann man aus den Fenstern des restaurierten Schlösschens auf die Straße und den Fluss blicken, in dem Zigeunerfrauen farbige Teppiche waschen und dunkelhäutige Kinder im silbrig spritzenden Wasser spielen.
Aber nach Rudňany ist es noch ein gutes Stück. Man fährt tief ins Tal hinein, es wird immer dunkler. Zur Rechten stehen zerstörte Lagerhallen, große Betonblocks mit Dutzenden ausgeschlagener Fensterscheiben. Da ist alles seit langem tot und kalt – so scheint es. Bahngleise verlaufen dort, man sieht Reste von Waggons, rostende Konstruktionen von Rampen und Kränen. Gleich hinter diesem kaputten Industriegebiet fangen die grünen Berge an, und wenn man es drauf anlegen würde, könnte man durch die Wälder, auf Pfaden und Wanderwegen, in zwei, drei Tagen an die ungarische Grenze im Süden gelangen. Doch diesmal muss Rudňany als Reiseziel genügen. Als das Tal noch enger wird, bemerkt man, daß in dieser Mondlandschaft Menschen leben. Aus einer Backsteinruine, die vielleicht einmal zu einem Bahngebäude gehört hat, steigt Rauch auf und versengt die aus rostigen Blechteilen zusammengesetzten provisorischen Dächer. Zwischen glimmenden Müllhalden treiben sich Kinder herum. Schwer zu sagen, ob sie einfach spielen oder ob sie in den Abfallhaufen nach etwas suchen. Die Erde raucht, strömt Gestank aus, man hat den Eindruck, die Haut der Kinder sei vom Rauch geschwärzt. Wären sie nicht so agil und fröhlich, könnte man denken, man würde in die Hölle fahren, wenn man nach Rudňany fährt.
Rudňany ist eine Bergbausiedlung neben einer stillgelegten Grube. Siebenhundert Jahre lang hat man hier Silber, Quecksilber, Kupfer und Eisen gefördert. Jetzt stirbt alles. Schönes gibt es nicht hier. Rechts, in dem engen Tal zusammengepfercht, liegen die grauen Gebäude der Kleinstadt. Die Straße windet sich in Serpentinen nach oben. Man kann sehen, daß hier jemand über Jahrhunderte hinweg das Innere des Berges abgebaut, Felsen und Erz abtransportiert und ein riesiges Loch in der Erde hinterlassen hat. Dort leben Zigeuner. Ihre ärmlichen Hütten stehen in diesem Abgrund, als hätte die Laune eines bösartigen Demiurgen sie hingeworfen. Dort beginnt der Tag später und ist kürzer. Die Felswände ragen senkrecht Dutzende von Metern auf. Kein Zweifel – so sieht die Hölle aus. Eine bevölkerte Hölle, in der jemand zu leben versucht. Tausende von Zigeunern haben dort eine Siedlung errichtet, ein Wunder an Improvisation. Ihre Buden und Hütten sehen aus, als könnte sie jeden Moment der Wind fortwehen oder der Regen wegspülen. Menschen, die nichts besitzen, haben sich in einer Höhle niedergelassen, die ihres ganzen Reichtums beraubt worden, in der nur unfruchtbare Erde übrig geblieben ist. Diejenigen, die nichts haben, leben dort, wo es nichts gibt.
Das Elend dieses Anblicks ist eine Art Metapher. Ich habe noch nie zuvor einen derart verfluchten Ort gesehen, in dem sich zugleich ganz normales Leben abspielt. Neben der Landstraße, vielleicht fünfzig Meter höher, auf der Oberfläche der Erde, waren ein großer betonierter Platz und ein paar kaputte graue Gebäude, die aussahen wie Überreste der Bergwerkbüros. Über diesen Platz spazierten Hunderte von Menschen, blieben stehen, plauderten wie auf einem Korso. Sie hatten keine andere Beschäftigung, also waren sie einfach zusammen. Gleichsam eine Allegorie des Sonntags oder Feiertags allgemein. Die Menge war lebendig, herausgeputzt, bunt und träge zugleich. Niemand brauchte diese Menschen, also beschäftigten sie sich mit sich selbst. Gemeinsam schlugen sie die Zeit tot. 
Ich betrachtete sie und stellte mir die Zukunft der Welt vor, mit dieser wachsenden Zahl von Menschen, denen man zu verstehen gibt, sie seien überflüssig. Weil es keine Arbeit für sie gibt, keinen Platz gibt, keine Möglichkeiten und überhaupt – eigentlich schließen wir gleich und machen nie wieder auf.  Und diejenigen, die es nicht packen, werden den Rest der Zeit oder der Ewigkeit damit verbringen, auf irgendeinem Betonplatz herumzustehen, spazieren zu gehen und zu plaudern. 
Aber ihre Zahl wird so groß werden, dass ie Welt in zwei Teile zerfallen könnte und man die eine vor der anderen vielleicht wird wegsperren müssen. Denn wer braucht schon Afrika? Wahrscheinlich nur die Fremdenlegion, Söldner und Diamantenhändler. Vielleicht noch Träumer, die sich als Kind nach weiten Reisen gesehnt haben. Für alle anderen müsste Afrika nicht sein. So wie die Zigeuner in Rudňany nicht sein müßten mit ihrer ahistorischen Existenz, ihrer nicht vorhandenen Schrift und ihrem nicht vorhandenen Staat. Was letzteren betrifft, ist jedoch noch nicht das letzte Wort gesprochen: Demographen behaupten, bei dem derzeitigen Bevölkerungszuwachs würden in fünfzig Jahren nicht nur in Rudňany, sondern in der ganzen Slowakei die Zigeuner in der  Mehrheit sein. Damit wird Polen die Chance haben, im Süden an den ersten Zigeunerstaat in der Geschichte zu grenzen.



minimap