Ez az oldal sütiket használ

A portál felületén sütiket (cookies) használ, vagyis a rendszer adatokat tárol az Ön böngészőjében. A sütik személyek azonosítására nem alkalmasak, szolgáltatásaink biztosításához szükségesek. Az oldal használatával Ön beleegyezik a sütik használatába.

Hírek

Dukaj, Jacek: Zuzanna és a világmindenség (Córka łupieżcy Magyar nyelven)

Dukaj, Jacek portréja

Córka łupieżcy (Lengyel)

(fragment)

Ojciec spoczywał na Cmentarzu Anioła przy drodze do Wieliczki. Był to jeden z tych nowych cmentarzy, zaprojektowanych niczym hipermarkety: parking, przystanek, kaplica i dyskretna restauracja, a poza tym tylko łąki, ugory i pustkowie dokoła, aż po płaski horyzont - chłop z krową największą sensacją wizualną.

Do zmierzchu pozostały dwie-trzy godziny, niebo było czyste, powietrze spokojne, cienie aksamitne; najlepsza pora na wizytę w nekropolii. Zostawiła rower przy bramie. Lsenny przewodnik prowadził ją wąskimi alejkami, bo oczywiście nie pamiętała drogi. Samego grobu także nie - chociaż odwiedzała go w dzieciństwie z matką. Przykucnęła, by przetrzeć rękawem swetra tabliczkę z czarnego kamienia. Imię, nazwisko, dwie daty, i to wszystko, brak choćby krzyża. On chyba rzeczywiście nie był wierzący... Powinna przecież wiedzieć to o własnym ojcu, ale nie potrafiła wydobyć żadnego konkretnego wspomnienia przemawiającego za taką czy inną prawdą; ani też wspomnienia słów matki na ten temat. Matka i ciotka Marianna z chrztu i wychowania były rydzykowcami, lecz z czasem znikły z ich życia jakiekolwiek zewnętrzne oznaki religijności, a Zuzanna pozostawała już wobec estetyki i języka kultu doskonale obojętną. A teraz przydałyby się jej odpowiednie wzorce zachowania, rytuały zawsze są bardzo pomocne w podobnych miejscach i chwilach, dostarczają mechanizmów organizacji uczuć, dostarczają słów i gestów i nawet myśli, które inaczej trzeba wynajdywać samemu, a wtedy na dodatek powinny one być szczere. Zuzanna wodziła paznokciem po literach nazwiska ojca.


Zadzwoniła Lidka, zapytać o przyjęcie urodzinowe. Ponieważ i tak zanurzona we lśnie, Zuzanna przyjęła rozmowę w pełnym zagnieżdżeniu. Lidka, z którą znały się jeszcze ze szkoły podstawowej (ostatni rocznik “opóźnionych”), nie bawiła się w uprzejmości.

- Co jest, umarł ktoś? - rzuciła, rozglądnąwszy się po cmentarzu.

- Żebym to ja wiedziała... - mruknęła Zuzanna. Postukała w tabliczkę. - Tatuś. Ale trumna pusta. Puff, był i nie ma. Zaginiony w akcji, się okazuje.

- To znaczy - co?

- To znaczy, że nie wiem.

- No więc po co tu przyszłaś?

- Ha. Sentymenta głupie. - Wstała, zapaliła. - Co u Porki?

Kiedy rozmawiały, podniósł się lekki wiatr i spadła temperatura; nie było to jednak lato, pomimo całej tej inżynierii klimatycznej. Zuzanna ściągnęła rękawy swetra na przedramiona. Co właściwie powinna czuć, stojąc nad grobem ojca? Cholera, coś powinna, żal, tęsknotę, pretensje, miłość, nienawiść, cokolwiek, w filmach podczas takich scen płynie najbardziej pompatyczna muzyka - a ona co? Wydmuszka. Przygryzała policzek, dopóki nie poczuła na języku słonej krwi; potem z lekka sepleniła, lewe oko jej łzawiło.

- Wieje tu coraz mocniej.

Po rozłączeniu się Lidki dopaliła jeszcze papierosa. Chciała rzucić peta na ziemię, ale zreflektowała się. Obróciła się, szukając wzrokiem kosza. Czy na cmentarzach są kosze na śmieci? Spojrzała ponad grobem.

Gdzie powinno się rozciągać puste pole, ugór i łąka z chłopem i krową - stało Miasto. Zachodzące Słońce zostało całkowicie przesłonięte przez bryłę monumentalnej architektury i Zuzanna zorientowała się, że - wraz z całym cmentarzem - znajduje się w Miasta głębokim cieniu. Wstrząsnął nią nagły dreszcz, jakby czarny, ośliniony jęzor przelizał całe jej ciało. Wieczór był późny, to prawda, lecz pierwsze budynki dzielił od granic nekropolii bodaj kilometr - jakże więc musiały być wysokie! Z trudnością szacowała ich rozmiary, ich proporcje nie były proporcjami znanymi z jakiegokolwiek miasta Ziemi. Na przykład ten biały ostrosłup po lewej - czy on rzeczywiście miał dwudziestometrowe okna i czterdziestometrowe drzwi? Czy to w ogóle były okna i drzwi? Ze strzępiastej korony budowli zwieszały się na krzywych łukach sztandary płynnego szkła, powolne światło zmierzchu przebijało się przez nie wstęgami gorących kolorów, spojrzała i musiała zmrużyć oczy. A obok - obok migotał, to zjawiając się, to znikając, gigantyczny pomnik - czego? rośliny? Może była to rzeźba abstrakcyjna. A może w ogóle nie rzeźba - kryształowe monstrum wielkości Empire State Building. Jeszcze większy był kanciasty zamek wiszący na nieboskłonie w głębi Miasta, częściowo przesłonięty przez szczyty budowli naziemnych - zamek, forteca, cytadela zaprojektowana przez pogrążonego w depresji kubistę. Znajdował się zbyt daleko, by ocenić to gołym okiem, lecz Zuzanna była przekonana, że nic go nie podtrzymuje. Na ciemniejącym niebie zachodu majaczyło jeszcze kilka takich brył, najpewniej również pozbawionych materialnych fundamentów. Miasto nie respektowało żadnych zasad architektury, trudno też było Zuzannie, kiedy tak gapiła się z wpółotwartymi ustami, znaleźć dla niego wspólny klucz estetyczny. Z wnętrza beczkowatej konstrukcji, jednej z bliższych - a też wysokiej na kilkaset metrów - wypadało i chowało się świetliste wahadło, wielki młot jasności. Błumm, bułumm, błumm, bułumm. Zbyt długo patrzyła, serce zaczęło jej bić do rytmu - ale nie potrafiła odwrócić wzroku, monumentalność tego ruchu była hipnotyczna, młot wbijał patrzącego w ziemię. Czy istotnie światło buchało z jego wnętrza przez rzędy bulajowatych okienek...? Do taktu zmieniały się na ulicach Miasta strefy cienia. Sprawiało to wrażenie, jakby najbliższe budynki obracały się do Zuzanny to profilem, to tyłem, kryjąc i odsłaniając dzikie oblicza. Próbowała nazywać je w myśli: Barbarzyńca, Krogulec, Szubienica, Żołądź. Z Szubienicy zwisał jakiś organiczny kształt, którego natury nie była w stanie odgadnąć; nawet tego, czy faktycznie jest martwy, czy żywy. Huśtał się lekko na wietrze nad szeroką aleją wychodzącą wprost na cmentarz - kłąb brunatno-żółtych organów, trzydzieści metrów minimum. Że wiatr w ogóle poruszał taką masą, świadczyło o jego sile. Nad groby docierał już mocno osłabiony, zaledwie chłodny powiew. Nie widziała, skąd nadchodził, perspektywę alei zamykało gigantyczne gruzowisko bloków czarnego kamienia, wyższe od większości budowli, spiętrzone w asymetryczną piramidę, po północnym zboczu której spływał fluorescencyjny dywan. Przesuwały się po nim w górę i w dół plamki cienia, jakby ktoś tam biegał po ruinie, przesłaniając sukcesywnie źródła blasku. To wszakże była jedyna dostrzeżona przez Zuzannę oznaka życia w całym Mieście, sama wątpliwa. Poza nią każdy ruch zdawał się ruchem czysto mechanicznym. Nikt w tym Mieście nie mieszkał, Miasto było bezludne, Miasto było martwe, spoglądała z jednego cmentarza na drugi, i dopiero po tej konstatacji zimna groza wbiła w nią szpony.

- What the fuck...?

Podobnie jak wyrazy szczęścia, skruchy i wdzięczności, także ekspresja szoku przychodzi najłatwiej w formach zrytualizowanych przez hollywoodzkie kreacje, i miłość bez wstydu wyznaje się jedynie po angielsku; tylko najbardziej miałkie słowa przechodzą przez ściśnięte gardło.

A teraz nikt nie patrzył, nie było w tym pozy - jednak nawet owo zmarszczenie brwi, szarpnięcie głowy wstecz, gest energicznego podwinięcia rękawów, wszystko wykonała podług szablonów medialnych.

Wzięła głębszy oddech i wyjęła telefon.

- Co to jest, do cholery? - warczała na dialoganta oesu. - Kto mi się tu whackowuje w lsen?!

- Nie odbiera pani żadnej transmisji.

- Gówno tam żadnej!

- Proszę więc samej wyjść ze lsnu.

Wyszła. Miasto stało.

- Wyszłam. Nie zniknęło. Pierwsza rzecz z rana: zmieniam providera. A coście powypisywali w umowie o zabezpieczeniach...! Pozwę was, do cholery, cud, że udar mnie nie trafił od takiego lsnu! Wyłączcie to, zanim faktycznie dostanę wylewu!

- Powtarzam pani, rejestr jest czysty. Przypuszczam, że to po prostu lekki RCS. Proszę się uspokoić i...

- RCS! Motherfucker!

Rozłączyła się. Usiadłszy na sąsiednim nagrobku, policzyła do dwudziestu. Miasto stało. Ten młot... Błumm, bułumm. Odwróciła wzrok.

Zaczęła gryźć paznokieć, mimowolnie co chwila zezując jednak w bok. Przyszło jej do głowy, żeby zadzwonić do Maleny i przyjąć kuzynkę na równoległej lokalizacji, ale zaraz przypomniał się jej lepszy sposób weryfikacji lsnu. Przeszukała kieszenie dżinsów. I rzeczywiście, w prawej tylnej znalazła stary listek ubika z dwiema ostatnimi tabletkami. Jedna to dosyć, ale zerknąwszy raz jeszcze na Miasto, połknęła obie.

Wyczytała na pomiętym srebrnym plastiku, że libaryt powinien zostać zneutralizowany i wytrącony z krwi w ciągu najwyżej kwadransa. Tymczasem siedziała na zimnej płycie przy grobie ojca, w cieniu nieprawdopodobnej metropolii, i z każdą minutą coraz bardziej w siebie wątpiła. Może to faktycznie Reality Confusion Syndrome? Znajomy ze studiów na niego cierpiał, skończył z implantem ubika w ramieniu. Raz chcieli zrobić mu kawał, odwiedzili go wszyscy pomalowani na niebiesko. Nie drgnęła mu powieka.

Cień Miasta był lepki, ciężki, czuła jego nacisk na zgarbionych plecach. Spróbowała z premedytacją odwrócić odeń myśli. W poniedziałek odwiedzi kancelarię Lipszyca - tam już na pewno będzie czekał jakiś list od ojca, jakieś wyjaśnienie, nie nagrał przecież tej wiadomości bez przyczyny i nie zostawił spadku - jej właśnie, nie żonie, ani krewnym, ale jej - bez celu. Prawda, nie sprawdziła memochipu, może to na nim... Bo teraz już poczułaby się rozczarowana, oszukana, gdyby okazało się, że ojciec istotnie żadnej manipulacji nie zaplanował. Jakby nie było, jest to jakaś forma kontaktu, choćby jednostronnego, jakieś porozumienie.

Podniosła telefon. Minęło dwadzieścia minut. Nie musiała się nawet oglądać, monumentalny cień krył wszystko.

Ruszyła krętymi alejkami ku drugiemu wyjściu z cmentarza. Ni żywego ducha. Nareszcie na bocznej ścieżce, przy wysokim grobie rodzinnym, dojrzała modlącą się staruszkę.

Podbiegła.

- Przepraszam panią bardzo, czy... czy to jest to nowe centrum handlowe?

Babcia spojrzała krzywo na Zuzannę.

- A bo to wiadomo, co oni teraz budują, w jedną noc jakieś dziwadła, a u mnie na osiedlu...

- Nie widziała go pani poprzednio? - Zuzanna obróciła się ku Miastu, zmuszając staruszkę, by podniosła na nie wzrok.

- Dziecko, ja wracam do domu i nie poznaję ulicy. Dawniej, jak wnoszono budynek, miałaś czas się przyzwyczaić, wykopy, fundamenty, w zimie przestój, więc wszystko zamykali, rok, dwa, rósł jak drzewo; a teraz ani się obejrzysz i...

Nie było już wątpliwości: ktoś zbudował tu Miasto, gdy odwróciła wzrok szukając kosza na śmieci.

Wyszła z cmentarza przez boczną bramę. Po lewej miała restaurację, wciśniętą częściowo pod poziom gruntu i zwróconą tyłem do nekropolii, oraz sklep z dewocjonaliami. Sprawdziła, ale oba były już zamknięte: restauracja w ogóle nieczynna, a sklep z powodu późnej godziny. Obejrzała się na szosę. Co jakiś czas przemknął samochód czy dwa, lecz żaden nawet nie zwalniał, zresztą znajdowały się zbyt daleko, by pasażerowie dojrzeli w wieczornym półmroku coś więcej prócz ogólnych zarysów budowli. A starowina miała rację: elfie technologie pozwalały na błyskawiczne przebudowy całych dzielnic, ludzie dawno się już przestali dziwić nagłym rewolucjom urbanistycznym. Ale, na miłość boską, nikt nie wzniesie miasta w sekundę!

Zadzwoniła do bliźniaków Ludo.

- Na wypadek gdybym nie wróciła: starożytna metropolia wyskoczyła spod ziemi za Cmentarzem Anioła, idę pozwiedzać.

- Co? - żachnął się Bartek.

- Coś słyszał.

- Wpuść mnie.

- Jestem na ubiku, myślałam, że to jakaś nakładka. Ale nie. Pa, zanim stracę odwagę.

Wyłączyła i schowała telefon.

Miasto czekało cierpliwie. W miarę jak zbliżała się do niego i widziała coraz więcej, pytań przybywało. Na przykład: jak było duże? Patrząc w głąb, ku horyzontowi, liczyła tylko kolejne ciemne sylwety budowli, jedne przesłaniające drugie, tak bez końca, a ponieważ grunt się nie podnosił, Miasto po prostu rozpływało się w wieczornym półmroku. Lecz jak było szerokie? Wydawało się, że nie bardziej niż sam cmentarz. Paradoksalnie, kiedy podeszła na kilkadziesiąt metrów do pierwszej ruiny i mogła zajrzeć już “do wnętrza” Miasta, w bok, przez jego flankę - także tam zobaczyła mroczną nieskończoność wysokich labiryntów, rzeźby monumentalne i zwichrowane iglice aż po purpurowe chmury. No więc jak to jest? Czy wielkość Miasta zależy od kąta spojrzenia? A może nie patrzy tu wcale na samo Miasto, lecz fatamorganę, jego odbicie napowietrzne, czy wręcz holograficzną projekcję? Może takie jest wyjaśnienie: że to próba jakiegoś projektora ogromnej mocy...? W końcu odludzie i pora późna, mieli prawo się spodziewać, że nikt nie zauważy...

Hipoteza upadła po kolejnych kilkudziesięciu krokach, gdy zmieniła się nawierzchnia i z nierównej, błotnistej łąki, w której grzęzły jej sandały, Zuzanna wstąpiła na lustrzany bruk Miasta. Aleja tu się zaczynała, czy też raczej tu się kończyła: lekko ukośnie ucięty chodnik wystawał około trzydzieści centymetrów ponad łąkę. Zuzanna zaraz z niego zeskoczyła, by przyjrzeć się pionowemu przekrojowi drogi. Pod lustrem znajdowała się jednolicie czarna masa, w dotyku gładka i twarda. Samo lustro było idealnie czyste, odbijało wszystko bez najdrobniejszych załamań. Wskoczyła na nie z powrotem. Założę się, że sukienki i spódnice wielkiej kariery tu nie zrobiły, pomyślała z wysiloną ironią. Tupnęła mocno. Ani rysy.

Po prawej miała pierwszą z szeregu ruin, za którymi niezmordowanie łupał w zmierzch Młot Światła. (Jasno - ciemno - jasno - ciemno - jasno - ciemno... Już trochę bolała ją głowa, bez przerwy musiała mrużyć oczy, wpółoślepiona; źrenice akomodowały z opóźnieniem). Zawaliło się tu coś w rodzaju stadionu, otwartego cyrku - kryształowe Coloseum. Gruz wylewał się grubym jęzorem aż na lustro chodnika. Podeszła do granicy zwału; płaskie obcasy sandałów trzaskały głośno o diamentową powierzchnię alei, niosło się to po Mieście dziwnym echem. Teraz dopiero zdała sobie sprawę, na jaki to strach jej ciało reagowało gęsią skórką i przyśpieszonym biciem serca: w Mieście panowała bowiem całkowita, nienaturalna, niczym nie zmącona cisza. Jakby ktoś zdusił do zera potencjometr dźwięku. Ni jednego szmeru, ni szelestu, nawet to, co się porusza - Młot, Młot promienisty - porusza się bezgłośnie. Dopiero w ich braku poznajemy atrybuty życia; życie jest hałaśliwe, śmierć milczy dyskretnie. Zuzanna schowała dłonie w długich rękawach swetra.

Uklęknąwszy, podniosła najmniejszy fragment zniszczonej budowli: odłamek wielokolorowego kryształu, w kształcie asymetrycznego klina, niewiele dłuższy od wskazującego palca. Podstawową barwą był błękit, lecz we wnętrzu kryształu biegła kręta żyła bursztynowej żółci, która, gdy Zuzanna uniosła odłamek ku oku, rozżarzyła się jaskrowo w nagłym świetle Młota. Obracając przedmiot w ręce, wyczuła różnicę w fakturze jednej z powierzchni. Tylko ona nie była gładka. Musiał się podczas upadku odszczepić od głównego bloku w równym pęknięciu, to zaś, co wyczuła pod opuszkami, to ornament pokrywający ścianę Coloseum. Ornament lub napis - obróciła kryształ pod kątem do szybko przemieszczającego się źródła światła - bo może to były litery, ideogramy, hieroglify języka Miasta, kto wie, co...

Krzyknęła spadając. Uderzyła się boleśnie w kolano, druga stopa wbiła się w miękką ziemię, prąd przeszedł po kręgosłupie Zuzanny, gdy nieprzygotowane ciało runęło na łąkę - ale kryształu z dłoni nie wypuściła. Klnąc, podniosła się na nogi. Puste pole, cmentarz, noc, odległe reflektory samochodów. Nie ma, nie było tu żadnego miasta. Świerszcze grały uspokajająco.

Sprawdziła, czy telefon się nie rozbił - ale nie. Kuśtykając ku rozproszonej konstelacji ogni nagrobnych, zadzwoniła po taksówkę. Pieprzyć rower.



FeltöltőSzuper Admin
Az idézet forrásaJacek Dukaj: Córka łupieżcy

Zuzanna és a világmindenség (Magyar)

(részlet)

Az apja az Angyal temetőben pihent, amely a Wieliczkába vezető út mentén terült el. Az új temetők közé tartozott, úgy tervezték, mint a bevásárlóközpontokat: parkoló, buszmegálló, kápolna, egy szerény étterem, azon túl már csak mezők, földek és üresség, egészen a sík látóhatárig – ahol a legnagyobb vizuális élmény egy őstermelő meg a tehene.

Két-három óra volt még hátra napnyugtáig, az égbolt tiszta, a lég nyugodt, az árnyékok bársonyosak; a legjobb időpont arra, hogy ellátogasson a nekropoliszba. Zuzanna a kapunál hagyta a biciklijét. Szűk kis ösvényekre irányította a svízió navigátora, mert az útra persze nem emlékezett. Magára a sírra sem – pedig gyerekkorában többször járt ott az anyjával. Leguggolt, hogy letörölhesse a fekete kőtáblát a pulóvere ujjával. Keresztnév, vezetéknév, a két dátum, más nincs rajta, még kereszt sem. Valószínűleg tényleg nem volt hívő… Ezt mégiscsak tudnia kellene a tulajdon apjáról, de nem tudott előásni egyetlen konkrét emléket sem, amely elárulna valamilyen igazságot; arra sem emlékezett, mit mondott erről az anyja. Az anyja és a nagynénje, Marianna születésük óta Rydzyk atya szellemében nevelkedtek, de idővel a vallásosság minden külső jele lefoszlott róluk, Zuzannát pedig teljesen hidegen hagyta a kultusz esztétikája és nyelve. Most viszont jól jött volna, ha ismeri a megfelelő viselkedési normákat, mindig nagy segítséget jelentenek a rituálék az ilyen helyeken és pillanatokban, készen kínálják az érzéseket ébresztő mechanizmusokat, szavakat, gesztusokat, sőt a gondolatokat is. Rituálék híján önállóan kell kitalálni őket, ráadásul úgy, hogy őszintének hassanak. Zuzanna a körmével követte az apja nevének betűit.

Lidka hívta, a születésnapi buliról kérdezte. Zuzanna amúgy is benne volt a svízióban, ezért beágyazva fogadta a hívást. Lidka, akivel még az általános iskolából ismerték egymást (a „megkésettek” utolsó évfolyamához tartoztak), nem udvariaskodott.

– Mi az, meghalt valaki? – kérdezte lazán, miután körülnézett a temetőben.

– Ha én azt tudnám… – dünnyögte Zuzanna. Megkopogtatta a sírkő tábláját. – A papám. De üres a koporsója. Hopsz, volt, nincs. Bevetés közben tűnt el, állítólag.

– Az mit jelent?

– Azt jelenti, hogy nem tudom.

– Akkor minek mentél oda?

– Hm. Ostoba érzelgősség. – Zuzanna fölállt, rágyújtott. – Porkával mi a helyzet?

Könnyű szél támadt, amíg beszélgettek, lehűlt a levegő; azért ez mégsem nyár, hiába dolgoznak mérnökök a klimatikus viszonyokon. Zuzanna a csuklójáig húzta a pulóvere ujját. Tulajdonképpen mit kellene éreznie itt, az apja sírjánál? A francba, valamit csak kellene, bánatot, hiányt, követelést, szeretetet, gyűlöletet, akármit, a filmekben az ilyen jelenetek alatt szól a legünnepélyesebb zene – ő meg? Olyan, mint egy kifújt tojás. Addig harapdálta belülről az arcát, míg meg nem érezte a nyelvén a sós vér ízét; ettől kicsit selypíteni kezdett, és könnybe lábadt a bal szeme.

– Föltámadt a szél.

Miután Lidka kilépett a svízióból, Zuzanna még végigszívta a cigarettát. A földre akarta dobni a csikket, de figyelmeztette magát. Megfordult, szemétgyűjtőt keresett a szemével. Vannak a temetőkben szemétgyűjtők? Elnézett a sír fölött.

Ott, ahol üres területnek, puszta földnek és legelőnek, őstermelőnek és tehénnek kellett volna lennie – egy Város állt. Teljesen eltakarta a lenyugvó napot az épületegyüttes monumentális tömbje, és Zuzanna most vette észre, hogy a Város hatalmas árnyékot vet rá és az egész temetőre. Hirtelen borzongás futott végig rajta, mintha egy fekete, nedves nyelv nyalta volna végig a testét. Estefelé járt már, az igaz, de legalább egy kilométer választhatta el a legközelebbi épületeket a nekropolisz szélétől – milyen magasak lehettek! Bizonytalanul méregette a nagyságukat, méreteik nem hasonlítottak a Föld bármely városának arányaihoz. Például az a fehér gúla a bal oldalon – tényleg húszméteresek az ablakai és negyvenméteresek az ajtói? Egyáltalán ablakok és ajtók ezek? Az épület viharvert tetején puha üvegből készült zászlók lógtak a csálé ívekről, a lusta alkonyi fény perzselő sávokban tört át rajtuk, Zuzanna nézte, és hunyorognia kellett. Mellette pedig, az épület mellett fel-felvillant valami, előbukkant, aztán eltűnt, egy gigantikus emlékmű – mit ábrázol? Növényt? Talán absztrakt szobor. De az is lehet, hogy nem is szobor – hanem kristálymonstrum, akkora, mint az Empire State Building. Annál is nagyobb volt a Város belsejében, az égbolton lebegő, zegzugos vár, félig-meddig eltakarták a földi építmények csúcsai – vár, erőd, citadella lehetett, amelyet egy depressziós kubista tervezett. Messze volt ahhoz, hogy szabad szemmel megítélhesse, de Zuzanna biztos volt abban, hogy alulról nem tartja semmi. Az elsötétülő nyugati égbolton fel-feltűnt még néhány ilyen tömb, valószínűleg ezek alatt sem volt anyagszerű alap. A Város nem tartott tiszteletben semmiféle építészeti elvet, a leesett állal bámészkodó Zuzanna sem nagyon talált hozzá egységes esztétikai kulcsot. Az egyik közelebbi – de szintén több száz méter magas – építmény hordóforma belsejéből előbukkant, majd visszabújt egy világító inga  hatalmas, fényes pörölye. Blumm, bulumm, blumm, bulumm. Olyan sokáig nézte, hogy a szívverése igazodott a ritmusához – de nem tudta levenni róla a tekintetét, hipnotikus volt a monumentális mozgás, földbe döngölte a pöröly a bámészkodót. Tényleg fény tört elő odabentről, a kerek hajóablakok soraiból…? Ütemre változtak az árnyékos részek a Város utcáin. Zuzanna úgy érezte, mintha a legközelebbi épületek közül némelyek oldalt, mások háttal fordultak volna, így rejtették el és tárták föl vad ábrázatukat. Gondolatban nevet adott nekik: Barbár, Karvaly, Akasztófa, Makk. Az Akasztófáról valamilyen szerves alakzat csüngött, nem tudott rájönni, mi lehet az; de még arra sem, hogy halott lehet vagy élő. Enyhén himbálta a szél ezt barnás-arany részekből álló, legalább harmincméteres köteget a széles sugárút fölött, amely egyenesen a temetőbe vezetett. Erős volt a szél, ez abból is látszott, hogy meg tudta mozdítani ezt a tömeget. Mire a sírkövekhez ért, egészen megszelídült, csak egy hűvös fuvallat maradt belőle. Zuzanna nem látta, honnan fúj, mert fekete kövekből álló, hatalmas törmelékhegy torlaszolta el az utat, magasabb volt a legtöbb épületnél, aszimmetrikus piramist alkotott, északi palástján fluoreszkáló szőnyeg futott végig. Kis árnyfoltok kergetőztek rajta föl-le, mintha a romhalmazban szaladgálna valaki, és egymás után takarná el a fényforrásokat. Egyébként ez volt az egyetlen életjel a Városban, amelyet Zuzanna észrevett, és ebben sem volt biztos. Ezenkívül tisztán mechanikusnak látszott minden mozgás. Senki sem lakott ebben a Városban, néptelen volt a Város, halott volt a Város, Zuzanna a temetőből nézett egy másik temetőt, és most, hogy ezt megállapította, belevájta karmait a jeges félelem.

What the fuck…?

Akárcsak az öröm, a bánat és a hála szavai, a sokkhatás is a hollywoodi alkotások rituálizálódott formáiban fogalmazódik meg a legkönnyebben, szerelmet is kizárólag angolul vallunk pirulás nélkül; csak a legrövidebb szavak tudnak kipréselődni az összeszorult torokból.

Pedig most nem látta senki, nem volt ebben felvett póz – mégis mindent a média diktálta sablonok szerint csinált: összeráncolta a szemöldökét, hátravetette a fejét, energikusan feltűrte a pulóvere ujját.

Mély lélegzetet vett, és elővette a telefonját.

– Mi a búbánat van? – förmedt rá az oprendszer dialógprogramjára. – Ki hekkelte meg a svíziómat?!

– Ön nem fogad semmilyen adatátvitelt.

– Nem a szart nem!

– Ez esetben, kérem, lépjen ki a svízióból.

Kilépett. A Város maradt.

– Kiléptem. Nem tűnt el. Reggel az első dolgom lesz szolgáltatót váltani. Pedig mit össze nem hordtak a szerződésben a biztonságról…! Beperelem magukat, a rohadt életbe, csoda, hogy nem kaptam infarktust ettől a svíziótól! Kapcsolja ki, mert itt, helyben agyvérzést kapok!

– Ismétlem, asszonyom, nem érte fertőzés a regisztrációs adatbázist. Feltételezem, hogy csak egy enyhe RCS-ről van szó. Kérem, nyugodjon meg, és…

– RCS! Motherfucker!

Kilépett a vonalból. Leült a legközelebbi sírkőre, és elszámolt húszig. A Város maradt, ahol volt. Az a pöröly… Blumm, bulumm. Elfordította róla a tekintetét.

Rágni kezdte a körmét, de akaratlanul is újra meg újra oldalt lesett. Eszébe jutott, hogy fölhívja Malenát, az unokatestvérét, és párhuzamos lokalizációt kér tőle, de rögtön felötlött benne, hogy van egy jobb módszer arra, hogy ellenőrizze a svíziót. Átkutatta a farmerja zsebeit. És tényleg, a jobb hátsó zsebében talált egy régi levél Ubikot, benne volt még a két utolsó tabletta. Elég egy is, de még egy pillantást vetett a Városra, és lenyelte mindkettőt.

Elolvasta a gyűrött, ezüstös műanyag csomagoláson, hogy legföljebb negyedóra alatt semlegesíti, kivonja a vérből a Somniferint. Addig az apja sírja mellett, a hideg kőlapon üldögélt, a valószerűtlen metropolisz árnyékában, és minden perccel egyre jobban kételkedett magában. Lehet, hogy tényleg Reality Confusion Syndrome? Volt egy diáktársa, aki ebben szenvedett, annak bőre alá ültetett Ubik lett a vége. Egyszer meg akarták viccelni, meglátogatták úgy, hogy mindenki kékre festette magát. Szeme sem rebbent.

A Város árnyéka ragadós volt és nehéz, úgy érezte, mintha rátelepedne görnyedt hátára. Tervezgetéssel próbálta elterelni a gondolatait. Hétfőn elmegy Lipszyc ügyvédi irodájába – ott már biztos várja egy levél az apjától, valamilyen magyarázat, hiszen nem ok nélkül vette föl az üzenetet, nem véletlenül hagyta az örökséget éppen rá, nem a feleségére, nem is a rokonaira, hanem rá. Igaz, hogy nem ellenőrizte a memochipet, talán azon lesz… Mert most már csalódottnak, becsapottnak érezné magát, ha kiderülne, hogy az apja tényleg nem tervezett semmilyen manipulációt. Ha nem, akkor is megmarad valamilyen kapcsolat, még ha egyoldalú is, ez is a megegyezés egy formája.

Megnézte a telefonját. Letelt a húsz perc. Nem is kellett odanéznie, mindent beborított az óriás árnyék.

Mellékutakon közelítette meg a temető másik kijáratát. Egy teremtett lelket sem látott. Végül egy kis oldalösvényen, egy magas, családi sírboltnál észrevett egy imádkozó öregasszonyt.

Odaszaladt.

– Elnézést, asszonyom, ez… ez az új bevásárlóközpont?

Az öreg hölgy gyanakodva nézett Zuzannára.

– Tudom is én, mit építenek most, egy éjszaka alatt fölhúznak valami furcsaságot, nálunk meg, a telepen…

– Azelőtt nem látta? – kérdezte Zuzanna a Város felé fordulva, az öreg hölgyet is arra késztetve, hogy emelje föl a pillantását.

– Gyermekem, én akkor sem ismerek rá az utcákra, ha hazamegyek. Annak idején, ha házat építettek, volt időnk hozzászokni, gödrök, alapok, télen leállás, akkor mindent bezártak, egy év, kettő, úgy nőtt, mint egy fa; most meg körül se néz, és…

Most már semmi kétség: valaki fölépített itt egy Várost, amíg Zuzanna szemetes után nézett.

Az oldalkapun ment ki a temetőből. Balra egy félig a talajszint alá szorított étterem, háttal a nekropolisznak, azonkívül állt ott egy kegytárgybolt is. Megnézte, mindkettő zárva volt már; az étterem nem működött, a bolt meg ilyen későn már nem tartott nyitva. Végignézett az országúton. Időnként elhaladt egy-két autó, de még csak nem is lassított egyik sem, egyébként is túl messze voltak ahhoz, hogy az utasok többet is lássanak az esti szürkületben, mint az épületek körvonalait. Igaza volt az öreg hölgynek: az elftechnológiával villámgyorsan át tudtak építeni egész kerületeket, már rég nem lepte meg az embereket a villámgyors urbanisztikai forradalom. De, az Isten szerelmére, senki sem épít föl egy várost egy másodperc alatt!

Fölhívta a Ludo ikreket.

– Ha nem érnék haza: egy régi metropolisz nőtt ki az Angyal temető mellett, odamegyek, megnézem.

– Micsoda? – kérdezte döbbenten Bartek.

– Ahogy mondom.

– Engedj be.

– Bevettem egy Ubikot, azt hittem, valamilyen átfedés. De nem. Na szia, leteszem, mielőtt elfogy a bátorságom.

Zuzanna befejezte a beszélgetést, eltette a telefont.

A Város türelmesen várakozott. Ahogy Zuzanna közeledett hozzá, és egyre többet látott belőle, több kérdés is fölmerült benne. Például: mekkora? Ha a belsejét kémlelte, amilyen messze csak ellátott, épületek sötét körvonalai sorakoztak egymás után, az egyik eltakarta a másikat, és így tovább, a végtelenségig, a talaj nem emelkedett, a Város síkban terült el az esti szürkeségben. De meddig terjedt a szélessége? Látszatra nem szélesebb, mint a temető. Paradox módon, amikor néhány méterrel közelebb ment a legközelebbi romokhoz, és be tudott lesni a Város „belsejébe”, elnézett oldalsó irányba – ott is végtelenbe vesző, magas labirintusokat, monumentális szobrokat, ferde tornyokat látott, amelyek egészen a bíborvörös felhőkig nyúltak. Akkor hogy is van ez? A látószögtől függ, hogy mekkora a Város? Vagy még csak nem is magát a Várost nézi most, hanem a délibábot, a Város levegőben tükröződő képét, vagy egyenesen a holografikus kivetülését? Talán ez a magyarázat: nagy teljesítményű kivetítővel kísérleteznek…? Elvégre néptelen a hely, késő is van, joggal gondolhatták, hogy nem veszi észre senki…

A következő pár tucat lépés után megdőlt a hipotézis, mert egyenetlen, sáros talajjá változott a felszín, belesüppedt a szandálja, aztán Zuzanna a Város tükörfényes kövezetére lépett. Itt kezdődött vagy inkább itt ért véget a sugárút: a kicsit ferdén futó járda mintegy harminc centire állt ki a földből. Zuzanna rögtön leugrott róla, hogy megvizsgálja az út függőleges keresztmetszetét. A fényes burkolat alatt egyenletes, fekete, sima és kemény tapintású tömeget látott. A burkolat makulátlanul tiszta volt, a legkisebb törés nélkül tükrözött mindent. Zuzanna visszalépett a járdára. Ruhák, szoknyák itt feltehetően nem csinálnának túl nagy karriert, gondolta kényszeredett iróniával. Keményen odacsapta a talpát. Egyetlen karcolást sem ejtett.

Tőle jobbra álltak az első romok, ezek mögött hasított a sötétségbe a Fénypöröly. (Világos – sötét – világos – sötét – világos – sötét… Megfájdult a feje, félvakon hunyorgott egyfolytában; lassan alkalmazkodott a pupillája.) Valami stadionféle dőlhetett itt össze, vagy nyitott cirkusz, kristályból épített Colosseum. Vastag nyelvként borult a törmelék a tükörfényes járdára. Zuzannát a szívbaj kerülgette; hangosan csikorgott a sétány gyémántfelületén lapos sarkú szandálja, különös visszhangot keltett a Városban. Csak most tudatosult benne, milyen félelemre reagált a teste libabőrrel és szapora szívverésel: a Városban ugyanis teljes, természetellenes, zavartalan csend uralkodott. Mintha nullára tekerte volna valaki a hangok potméterét. Egyetlen nesz, egyetlen zörej sem hallatszott, még az sem adott hangot, ami mozog – az Inga, a sugárzó Pöröly is hangtalanul lengett. Csak akkor ismerjük föl az élet tartozékait, ha hiányzik a hang; az élet zajos, a halál diszkréten hallgat. Zuzanna a pulóvere hosszú ujjába rejtette a kezét.

Letérdelt, fölemelte az összeomlott építmény legkisebb szilánkját: egy többszínű kristály aszimmetrikus, ék alakú, letört darabkája volt, nem hosszabb a mutatóujjánál. Az alapszíne égszínkék, de borostyánsárga ér kanyargott a kristály belsejében, és amikor Zuzanna a szeméhez emelte a szilánkot, élénken felizzott a Pöröly felvillanó fényében. Forgatta a tárgyat a tenyerében, és észrevette, hogy az egyik felületén egyenetlen a megmunkálása. Csak ez az oldala nem volt sima. A központi tömbről hasadhatott le, amikor összedőlt az építmény, mert ugyanúgy repedezett szét; amit pedig az ujjbegyével érzett, az a Colosseum falát borító díszítmény. Díszítmény vagy felirat – a gyorsan helyet változtató fényforrást követve forgatta a kristályt –, mert lehet, hogy betűk voltak, a Város nyelvének ideogrammái, hieroglifái, ki tudja, mi…

Feljajdult, amikor leesett. Csúnyán beütötte a térdét, a másik lába a puha földbe süppedt, Zuzanna gerincoszlopán végigfutott az ütés, ahogy a teste tehetetlenül zuhant a mezőre – de a kristályt nem engedte ki a kezéből. Szitkozódva állt lábra. Üres földek, temető, éjszaka, autók lámpái a távolban. Nincs, nem volt itt semmiféle város. Megnyugtatóan ciripeltek a tücskök.

Megnézte, nem tört-e össze a telefonja – de nem. A sírköveken szétszórt csillagképként pislákoló tüzek felé bicegett, közben taxit hívott. Ott rohadjon meg a bicikli.



FeltöltőSzuper Admin
KiadóTypotex Kiadó
Az idézet forrásaJacek Dukaj: Zuzanna és a világmindenség
Megjelenés ideje

minimap