Ez az oldal sütiket használ

A portál felületén sütiket (cookies) használ, vagyis a rendszer adatokat tárol az Ön böngészőjében. A sütik személyek azonosítására nem alkalmasak, szolgáltatásaink biztosításához szükségesek. Az oldal használatával Ön beleegyezik a sütik használatába.

Hírek

Siedlecka, Sylwia: Gyerekek (részlet) (Dzieci (detail) Magyar nyelven)

Siedlecka, Sylwia portréja

Dzieci (detail) (Lengyel)

Wielce zwodzi i jest oszukany, kto głosi,

iż dzieci nieochrzczone nie będą potępione.

św. Augustyn

 

Nieochrzczone dzieci nie idą do nieba, po śmierci wozi się je do piekła dużymi autobusami.

Na ziemi dzieci pozostawiły ciała, tak małe, że z łat­wością dałoby się je schować do futerału na skrzypce. Jaki jest los tych ciał? Wiele z nich trafia na stół, robi się im sekcje zwłok, profesjonaliści zaglądają do środka i dowiadują się zawsze tego samego: pod sklepieniem żeber serce i dwa płuca, no i oczywiście białe kości, czerwona krew, trochę mięsa. Niektórzy zaglądają do głów, nie trzeba wiele siły, by przepołowić czaszkę, wystarczą nożyce, czaszki dzieci są miękkie, po wykonaniu cięcia głowa otwiera się jak dojrzały owoc.

Z niektórych ciał robi się potem słynne lalki bobasy, tak lubiane przez małe dziewczynki. Do środka można włożyć katarynkę albo mechanizm imitujący płacz. W powieki wmontowuje się sprężynki, które sprawiają, że lala mruga. Oczy nie wysychają, są pomalowane werniksem i zawsze błyszczą. Ale tych lalek nie kupicie byle gdzie, tylko w specjalnych sklepach, wytwarza się ich zresztą niewiele, to kosztowny interes, tak zwana twórczość rękodzielnicza, coraz mniej popularna w dzisiejszych czasach. O ostatnim wielkim mistrzu w tym fachu słyszałam jakieś osiem lat temu. Mieszka, jeśli jeszcze żyje, w miasteczku Chichester na południu Anglii i nazywa się Augustinus.

Los wielu ciał jest nieznany, ale o pośmiertnych losach dusz tych dzieci mogę opowiedzieć, przypadkiem wiadomo mi co nieco na ten temat.

Duże autobusy kursują dzień i noc, w pogodę i niepogodę, aby porządek wieczności był zachowany i wszystko przebiegało sprawnie. Jeżdżą w dwie strony, jedne do piekła, drugie do nieba, taki los. Trasa biegnie przez góry, jest chłodnawo, wokół gładkie skały granitu, roślin prawie nie ma, powietrze jest rześkie, a niebo bez chmur. Dzieci skazane na potępienie jadą serpentyną do góry, mit o niebie na górze i piekle w dole jest wymysłem paru spryciarzy, wierzcie lub nie, ale w rzeczywistości jest dokładnie na odwrót. Niebo mieści się w zacisznym ziemskim jądrze, ciepłym jak wody płodowe, a piekło w górnych re­jonach, wśród ciężkich kłębów chmur i kończy się nie wiadomo gdzie.

Autobus jedzie w górę, mgła gęstnieje, ciśnienie spada. Dzieci to czują, ale nie płaczą. Są grzeczne. Niektóre z nich mają w ustach smoczki, przemycone z tego świata. Autobus do raju zjeżdża w dół, coraz niżej i niżej, gdzie rośnie dużo drzew, trawa jest soczyście zielona, a róże purpurowe. Są tam też jakieś zwierzęta, ale łagodne, nie mają pazurów ani zębów, a jeśli nawet, to ich nie używają. Dzieci patrzą na róże, mogą ich dotknąć i nie pokłują się kolcami, bo w raju wszystko zrobione jest ze światła. W niebie nie ma też chwastów.

Jest w tym wiecznym rozkładzie jazdy taki moment, kiedy autobusy z dziećmi się mijają. I wtedy na sekundę oczy dzieci z jednego autobusu spotykają się z oczami tych z drugiego, dzieci patrzą na siebie, nie umieją nic powiedzieć, uczynić gestu powitania, nie zdążyły się nauczyć. Owo maleńkie zwarcie to mój ulubiony moment. Bo dzieci nie powinny siebie oglądać, ktoś czegoś zaniedbał, a może po prostu nie ma innej drogi?

Niektóre z noworodków wzięły ze sobą zwierzęta, żywe lub pluszowe. Kot, cztery szczeniaki, pluszowa panda, szczur, a w garści jednego dziecka nawet złota rybka. Martwa od godziny, ale dzieciak tego nie wie, i dobrze. Malcy próbują je ukryć, myśląc, że ktoś im wszystko zabierze. Nic z tych rzeczy. Zwierzętami nikt się nie interesuje. Część, zniecierpliwiona długą podróżą, ucieka przez szyb wentylacyjny autobusu, zostają głównie miękkie pluszaki.

Podróż trwa, zaczyna się ściemniać, dzieci dostają koce i kakao, muszą się ogrzać, bo jest chłodno. Niektóre śpią, ale większość czuwa, dziesiątki par oczu błyszczą w ciemności jak oczka nietoperzy. Dzieci są cierpliwe. W końcu docierają do piekła. Pierwsze, co trzeba zrobić, to nadać im imiona, zwykle nie dostały ich za życia. Nie można powiedzieć, by imiona były wybierane ze szczególną starannością, lecz na pewno nie są zupełnie przypadkowe. Dwóch bliźniaków (tak, czasem umiera dwójka, a nie tylko ten jeden) dostaje imiona Kamil i Emil, ładna dziewczynka o czarnych oczkach i bardzo czerwonych ustach będzie miała na imię Carmen, i tak dalej, i tak dalej.

Mają imiona, lecz ich nie używają. Widocznie imiona służą jakimś innym celom. W piekle panuje raczej cisza. Nie ma ognia, smażenia ludzi w głębokim oleju, wyrywania paznokci, chłosty i krwi. Jest jak w listopadową noc, gdy nie możecie zasnąć i przewracając się z boku na bok, obserwujecie przez okno pochmurny świt. Czerń się rozrzedza, przechodzi w szarość, potem w zimną mleczną barwę, gdzieś tam parę wron przyczepionych do gałęzi, gołe drzewa. Ot, ponura jesień.

Dzieci nie mogą się wyspać, to pierwsza z kar, które je czekają. Noworodki potrzebują dużo snu, a w piekle pozwala się na jedyne pięć godzin. Muszą pracować. Ale do tego trzeba umieć chodzić, powiecie. Tak, niektóre umieją, chodzą dziwnie, chwiejnie, pokracznie. Te, które nie potrafią, czołgają się. Inne nie są zdolne nawet do tego, więc leżą. Nie umiem powiedzieć, dlaczego jedne opanowały zdolność chodzenia, a inne nie. Może to kwestia budowy szkieletu? Te, które leżą, patrzą w sufit, ale nie są smutne. Kto wie, może się nawet cieszą, że nie muszą pracować. Namiastką chodzenia jest dla nich kąpiel raz w tygodniu w basenie. Basen jest ogromny, woda w nim czarna i gęsta jak czekolada albo krew tętnicza. Unosi ciała dzieci, nawet tych, które nie nauczyłyby się pływać. Ale one potrafią pływać, pamiętają to jeszcze z brzucha matki.

Basen jest jedynym miejscem, gdzie rozbrzmiewa muzyka. Z głośników sączy się głównie tango. W sobotę (to w piekle to samo co niedziela w niebie i na ziemi) zamiast tanga głośniki emitują bicie ludzkiego serca. Do jednego z leżących chłopców podłącza się druciki, które biegną do głośników, i te w systemie stereo przekazują rytmiczne uderzenia. Nikt się nie boi, że pewnego dnia zapadnie cisza, bo chłopiec umrze. W piekle się nie umiera, piekło jest o sekundę bardziej wieczne niż niebo. Chłopczyk więc nie umrze, ale też nigdy się nie poruszy, jest, jak to się mówi, poważnie chory, może poruszać tylko oczami. Jednak bylibyście w błędzie, myśląc, że jest smutny. W jego oczach dostrzegam radość.



FeltöltőP. T.
KiadóW.A.B.
Az idézet forrásaDzieci
Megjelenés ideje

Gyerekek (részlet) (Magyar)

Súlyos tévútra visz, és tévúton jár,

aki azt hirdeti, hogy a kereszteletlen gyermekek nem kárhoznak el.

Szent Ágoston

 

A kereszteletlen gyerekek nem a mennybe mennek haláluk után, hanem nagy autóbuszokkal leviszik őket a pokolba.

A földön a gyerekek csak a testüket hagyták, amelyek olyan kicsik, hogy akár egy hegedűtokba is beférnének. Mi a sorsa e testeknek? Sok a boncasztalra kerül, felboncolják őket, a szakemberek beléjük néznek, amiből mindig ugyanazt tudják meg: a bordák boltozata alatt van a szív, a két tüdő, meg persze a fehér csontok, a piros vér, és egy kis hús. Néhányan belenéznek a fejekbe is. Nem kell nagy erőfeszítés, hogy kettéválasszunk egy koponyát, elég hozzá egy olló, a gyerekkoponyák puhák, nyisszantás után úgy szétnyílik a fej, mint egy érett gyümölcs.

Néhány testből aztán olyan híres játékbaba lesz, amit úgy szeretnek a kislányok. A belsejébe verklit lehet tenni, vagy olyan sírást imitáló kis szerkezetet. A szemhéjba kicsi rugókat ültetnek, amiktől pislog a baba. A szem nem szárad ki, mert lakkal van befestve, amitől mindig csillog. Csakhogy nem lehet ám bárhol megkapni ezeket a babákat, csak speciális boltokban, elvégre nem sokat készítenek az ilyesmiből, drága mulatság az, úgynevezett kézműves munka, aminek a mai világban bizony egyre csökken a népszerűsége. Nyolc éve hallottam utoljára az utolsó nagy mesterről ebben a szakmában. A dél-angliai Chichester városkájában lakik, ha még él, és Augustinus a neve.

Sok test sorsa ismeretlen, de a halott gyermekek lelkének sorsáról éppen tudok mesélni ezt-azt.  

A nagy autóbuszok éjjel-nappal járnak, jó időben és rossz időben egyaránt, hogy megmaradjék az örökkévalóság rendje, és simán menjen minden. Két irányba közlekednek, az egyik járat a pokolba, a másik a mennybe visz, ilyen a sors. Hegyeken keresztül vezet az út, elég hideg van, körben sima gránitsziklák, növényzet szinte semmi, a levegő csípős, az ég felhőtlen. A kárhozatra ítélt gyerekek szerpentinen jutnak fel a hegyre, a mesét a magas mennyországról és a mélyben lakozó pokolról szélhámosok találták ki, ugyanis, ha hiszitek, ha nem, éppen fordítva van. A mennyország a föld csendes magjában van, ami meleg, mint a magzatvíz, a pokol pedig a magas hegyi vidéken, súlyos felhőtömegek között, és nem tudni, hol a vége.

Ahogy a busz halad felfelé, úgy sűrűsödik a köd és csökken a nyomás. A gyerekek is érzik ezt, mégsem sírnak. Jólneveltek. Néhányuknak ott a szájukban a cumi, amit idecsempésztek a világból. A paradicsomba tartó busz lefelé megy, egyre lejjebb és lejjebb, ahol rengeteg fa nő, a fű zöld és lédús, a rózsák bíborszínűek. Vannak állatok is, de nagyon szelídek, nincsen se karmuk, se foguk, vagy ha van is, nem használják. A gyerekek megnézik a rózsákat, meg is foghatják, de nem szúrja meg a kezüket a tövis, mert a paradicsomban minden fényből készült. A mennyországban nincsen gaz sem.

Van ebben az örök menetrendben egy pillanat, amikor az autóbuszok elhaladnak egymás mellett. Akkor az egyik autóbusz gyerekeinek tekintete találkozik a másik buszon ülők tekintetével, a gyerekek nézik egymást, nem tudnak semmit se mondani, vagy akár odaintegetni, hiszen még nem tudták megtanulni. Ez a picinyke kisülés a kedvenc pillanatom. Hiszen a gyerekeknek nem kellene egymást látniuk, talán valaki elrontott valamit, vagy egyszerűen nincs másik út?

Néhány újszülött hozott magával állatokat is, élőket, vagy plüssöket. Van egy macska, négy kiskutya, egy plüsspanda, egy patkány, és az egyik gyerek markában még egy aranyhal is. Már egy órája halott, de a gyerek ezt nem tudja, és ez így van rendjén. A kicsik próbálják eldugdosni az állatokat, azt hiszik, valaki elveszi majd tőlük. Pedig szó sincs róla. Senkit se érdekelnek az állatok. Egy részük, elcsigázva a hosszú úttól, kiszökik a szellőzőablakon, így jobbára csak a puha plüssállatok maradnak.

Ahogy folytatódik az út, kezd sötétedni. A gyerekek takarót kapnak és egy kakaót, hideg van, fel kell melegedniük egy kicsit. Néhányan alszanak, de a többség figyel, a több tucatnyi szempár úgy csillog a sötétben, mint a denevéreké. A gyerekek türelmesek. Végül aztán megérkeznek a pokolba. Az első tennivaló, hogy neveket kapnak, hiszen legtöbbjüket életükben még nem nevezték el. Nem mondhatnánk, hogy túl nagy gondossággal választják ezeket a neveket, de az is biztos, hogy nem teljesen esetlegesen. A két iker (igen, néha mind a ketten meghalnak, nem csak az az egyik) Kamil és Emil lesz, a fekete szemű és mélypiros ajkú lányka a Carmen nevet kapja, satöbbi, satöbbi.

Vannak neveik, de nem használják őket. A nevek nyilvánvalóan más célokat szolgálnak. A pokolban leginkább csend uralkodik. Nincs tűz, nem sütögetik az embereket forró olajban, nincs körömtépkedés, korbács meg vérengzés. Olyan, mint egy novemberi éjszaka, amikor nem tudtok elaludni és csak forgolódtok egyik oldalról a másikra, figyelve a felhős hajnalt az ablak túloldalán. Aztán a sötétség felhígul, kiszürkül, majd olyan színű lesz minden, akár a hideg tej. Amott egy ágra kapaszkodó hollópár, csupasz fák. Mint egy komor ősz, na. 

A gyerekek nem tudják kialudni magukat, ez az egyik büntetés, ami rájuk vár. Az újszülötteknek sok alvásra lenne szükségük, a pokolban viszont csak öt órát engedélyeznek nekik. Dolgozniuk kell. Ahhoz viszont tudni kellene járni, mondjátok ti. Igen, vannak, akik tudnak, ők furcsán botladoznak, összevissza totyognak. Akik nem járnak még, a hasukon kúsznak. Vannak, akik még erre sem képesek, ők csak fekszenek. Nem tudom megmondani, miért sajátították el egyesek a járás képességét, és a többiek miért nem. Talán a csontváz felépítésének kérdése? Akik csak hevernek, a plafont bámulják, de nem szomorúak. Ki tudja, talán még örülnek is, hogy nem kell dolgozniuk. A járás helyettesítője számukra a heti egyszeri fürdés a medencében. A medence hatalmas, fekete benne a víz és sűrű, mint a csokoládé, vagy az artériás vér. Fenntartja a gyerekek testét, még azokét is, akik esetleg nem tanultak volna meg úszni. De tudnak, emlékeznek rá még az anyjuk hasából.

A medence az egyetlen hely, ahol szól a zene. A hangszórókból főként tangó szűrődik ki. Szombaton (a pokolban ez ugyanaz, mint a vasárnap mennyországban és a földön) a tangó helyett az emberi szívverést sugározzák a hangszórók. Az egyik fekvő fiúcskára kicsi drótokat csatlakoztatnak, amelyek kábelei befutnak a hangszóróba, és aztán sztereórendszerben továbbítják a ritmikus dobbanásokat. Senki sem fél attól, hogy egyik nap majd beáll a csend, mert meghal a fiú. A pokolban nem hal meg senki, a pokol még a mennyországnál is örökkévalóbb egy másodperccel. A fiúcska tehát nem hal meg, de nem is moccan meg soha, állítólag nagyon beteg, csak a szemeit tudja jártatni. Mégis tévedtek, ha azt hiszitek, hogy szomorú. A szemeiben örömöt fedezek fel.



FeltöltőP. T.
Az idézet forrásaGyerekek

minimap