Reymont, Władysław: A vámpír (Wampir in Hungarian)

Portre of Reymont, Władysław

Wampir (Polish)

I.
 
Wszystkie światła pogasły;tylko między oknami w zielonawej, kryształowejkuli mżył się rozpierzchły, ledwie dojrzany płomyk, jak gdyby świętojański robaczek, trzepoczący się w ciemnościach.
Cisza zapadła nagle, cisza pełna dręczącego oczekiwania.
Siedzieli z przyczajoną uwagą, skupieni aż do martwoty, a pełni szarpiącego niepokoju i ledwie powstrzymywanych dygotów trwogi.
Czas płynął wolno w przerażającym milczeniu, w dławiącej okropnej ciszy trwożnych przeczuwań, żejeno niekiedyjakieś stłumione westchnienie wionęło w ciemnościach, podłoga zatrzeszczała, aż drgnęli gwałtownie, to nierozpoznany szelest, jakby lot ptaka, okrążał ich głowy, łopotał po pokoju, wiał chłodem na rozgorączkowane twarze i marł w mrokach rozłkanym szelestem...
...I znowu przepływały chwile długie jak wieki, chwile milczenia dręczącego i oczekiwań.
Naraz stół drgnął, zakołysał się gwałtownie, uniósł w powietrze i opadł bez szelestu na podłogę.
Lodowaty dreszcz wstrząsnął sercami... ktoś krzyknął... ktoś załkał nerwowo... ktoś zerwał się jakby do ucieczki... palące tchnienie trwogi przewiało w ciemnościach i zakłębiło się w duszach bolesnym, męczącym drżeniem, ale wnet przygasło wszystko, zdławione przez straszne pragnienie zjaw...
O cud błagały trwogi wszystkie i dusze rozpięte w bolesnej tęsknocie.
Cisza stała się jeszcze głębsza, powstrzymywano oddechy, tłumiono strachliwe bicie serc, wytężano całą siłę woli, aby nie zadrgnąć, nie szepnąć, nie poruszyć się, nie patrzeć nawet i martwieć w takiej cichości, że ruch jakiegoś zegarka przewiercał serca bezustannym, bolesnym dygotem i bił w skroniach ciężkimi młotami.
Szum głuchy, bełkotliwy a rozwiany i daleki, jakby morza odpływającego, wrzał monotonnie za oknami, deszcz zacinał bezustannie, brzęczał cicho i po zapoconych, szarzejących szybach spływał nieskończonymi sznurami paciorków i szemrał sennie, szemrał lękliwie; to wiatr obijał się o szyby i ze zduszonym, żałosnym krzykiem obsuwał się martwo po ścianach, a potem jakieś drzewa, podobne do strzępiastych chmur, drzewa ślepe i nieme nachylały się cicho do okien, chwiały się cieniem ledwie uchwytnym jak sen nieprzypomniany i jak sen przepadły w mrokach.
A pokój wciąż był głuchy, niemy i przepastny jak otchłań, tylko ten zielonawy płomyk niby gwiazda odbita w czarnej topieli drgał ustawicznie, rozpryskując się świetlistą larwą, jakby spod wody skłębionej, albo jakieś spojrzenie zamigotało rozwianym płomieniem i wnet marło w ciemnościach mętnych, pełnych nieuchwytnych, zaledwie wyczutych falowań, niedojrzanych ruchów, drgań niepokojących, szeptów zmartwiałych, konających połysków i przyczajonej, dygocącej trwogi...
Stół znowu wyrwał się spod rąk, roztrącił siedzących, uniósł się gwałtownie i z hukiem padł na swoje miejsce... łańcuch rąk się przerwał, zerwało się kilka okrzyków, ktoś skoczył w bok do światła...
– Cicho... na miejsca... cicho! – zabrzmiał rozkazujący głos.
Ręce splotły się znowu w łańcuch nieprzerwany, przymilkli z nagła, ale już nikt nie potrafił pokonać nerwowego drżenia, dłonie się trzęsły, serca dygotały i dusze przelatywał wicher świętej trwogi, pochylano się nad stołem, jak nad niepojętą, tajemniczą istotą, której ruch każdy był cudem widomym, cudem żywym.
Joe, przewodniczący, zaczął szeptać modlitwę, a za nim roztrzęsionymi wargami powtarzano coraz prędzej, coraz mocniej, iż ciemność rozbrzmiewała szmerem lotnym, namiętnym, wyrwanym spod serc, z głębi dusz olśnionych... Słowa padały rozwiane, płonące wiarą, wiotkie jak tchnienie, a potężne żądzą objawień, pragnieniem cudów...
Naraz z drugiego pokoju czy z głębi jakiejś rozbrzmiał przytłumiony głos fisharmonii.
Jęk zamarł w gardłach ściśniętych, dusze padły w senny lęk jakby przed skonem, nikt bowiem nie czekał tej muzyki, nie wiedział, skąd płyną te tony, nie rozumiał, zali to dźwięki żywe czy oman słodki?...
Opadli piersiami na stół, bo nikt już sił nie miał, trzymali się kurczowo za ręce, bojąc się puścić, bojąc się przepaść w samotności... cisnęli się do siebie ramionami i stłoczeni, drżący, przejęci świętym dreszczem zachwytu zanurzali się w te dziwne dźwięki przewiewające niby wiatr pieściwy po strunach harfy niewidzialnej.
I tak zapomnieli o wszystkim, że nikt już nie wiedział, rzeczywistość to – li sen czarowny?
A muzyka rozpylała się w ciemnościach kadzielnym tchnieniem modlitwy żarliwej, rosą srebrzystych dźwięków, wiewem melodii tak słodkiej, że dusze chwiały się w rozmarzeniu upajającym jak kwiaty w noc miesięczną.
I śpiewem się podniosła uroczystym, potężnym, rozległym, jakby świat cały śpiewał.
I krzykiem duszy zagubionej we wszechświecie łkała żałośnie...
I wyżej wznosiła sięjeszcze, aż w hymny łzawych zachwyceń i w dal takich roztęsknień, że była już jakby emanacją nowych bytów, rodzących się z tajemnicy i marzenia.
Jeszcze nie ochłonęli z wrażenia, jeszcze dusze niby krze płomieniste chwiały się sennie w rytm konających dźwięków, gdy drzwi od przedpokoju otwarły się na rozcież, struga światła runęła słupem na podłogę i w progu ukazała się wysoka, jasna postać...
Porwali się z miejsc, ale nim ktokolwiek zdołał krzyknąć, postać owa poruszyła się i szła wolno świetlistym pasem; szła sztywno i ciężko, z wyciągniętymi rękami, przystając co mgnienie i kołysząc się całą postacią...
Drzwi się zamknęły bez szmeru i noc znowu ogarnęła wszystko.
– Kto jesteś? – zatrzepotało zdławione pytanie.
– Daisy... – wionął szept zgoła niematerialny.
– Długo będziesz z nami?
– Nie... nie... – Gdzie twoje ciało?
– Tam... w pokoju... śpię... wołałeś... przyszłam... Guru...
Szept się plątał i tak ścichł, że tylko bezdźwięczne, porwane drgania szemrały w ciemnościach... Mr Joe nacisnął guzik i elektryczne światło zalało pokój.
– Daisy!–krzyknąłjakiś człowiek rzucając się ku niej, ale stanął narazjak gromem rażony, bo zwróciła ślepą twarz ku niemu, usiłując coś mówić, poruszając wargami...
– Nie, nie Daisy... ta sama i obca, inna zarazem...
Pochylił się ze zdumienia i przyczajonym, trwożnym wzrokiem obiegał twarz jej i postać całą... ta sama twarz, a rysy inne, obce... obce...
– Daisy!... Nie... nie... – krzyczało w nim zdumienie i przypomnienia wiły mu się błyskawicami szaleństwa, strachu, lęku straszliwego.
Nic nie rozumiał, nie mógł pojąć tej zmiany dziwnej, zdało mu się, że śni ciężko, żejakieś zwierciadlane odbicie Daisy stanęło przed nim i rozwieje się zaraz, natychmiast, sczeźniejak widmo...
Zamknął oczy i otworzył je natychmiast, ale Daisy stała na dawnym miejscu, była, widział ją w najdrobniejszych szczegółach, że cofnął się naraz, bo spojrzała na niego posępnym, otchłannym, obcym wzrokiem, a tak strasznym, że padł na samo dno trwogi...
Wszyscy stali również w lodowatym odrętwieniu.
Mr Joe zaś lękliwie podszedł do niej i dotknął palcami jej powiek, zatrzepotały i opadły mocno, a potem stopniowo dotykał jej skroni, rąk, piersi, ramion, przeciągał kilka pasów nad głową, cofnął się i rozkazująco powiedział:
– Pójdź!
Nie poruszyła się z miejsca.
– Pójdź!–zawołał silniej, cofając się z wolna i nie spuszczając z niej wzroku – drgnęła nagle i jakby z trudem odrywając się od posadzki, zaczęła się posuwać za nim sztywnym, automatycznym ruchem, w głąb sąsiedniego pokoju, jasno oświetlonego...
Nikt się przez ten czas nie poruszył, nie westchnął głośniej, nie adrgnął; wszystkie oczy szły za nią. Mr Joe wziął ją za rękę i podprowadził do wielkiej sofy, ustawionej na środku pokoju; upadła na nią bezwładnie.
– Możesz mówić? – pytał pochylając się nad nią.
– Mogę...
– Czy jesteś sama, Daisy?...
– Nie pytaj...
– Czy nikt z nas nie przeszkadza?
– Nie... nie... cóż może przeszkodzić woli „A” – mówiła.
Głos miała nie swój, zupełnie obcy, a chwilami jakby płynący z fonografu, trupi jakiś; wydobywał się martwym szmerem wprost z gardła, bo nie poruszała ustami ni żadnym muskułem twarzy.
– Więc wszystkim wolno pozostać w pokoju? – pytał znowu mr Joe.
Nie odpowiedziała, tylko poruszyła się niecierpliwie, podnosząc ciężkie powieki, że wywrócone oczy błysnęły białkami, jakiś uśmiech przewiał po bladej jak kreda twarzy, wyciągnęła rękę w próżnię, jakby witając kogoś niewidzialnego, i zaczęła coś półgłosem szeptać.
Mr Joe słuchał uważnie, ale na próżno usiłował zrozumieć cokolwiek, mówiła w zupełnie nie znanym języku.
– Co mówisz? – spytał po chwili, kładąc dłoń na jej czole.
– Sarwatassida!
– Mahatma?
– Ten, który jest, który wypełnia wszystko, który jest „A”, mój duch...
– Czy zechce mówić przez ciebie?
– Nie męcz mnie...
– Czy stanie się co dzisiaj? Bracia są zebrani, czekają w trwodze, czekają w błaganiu o znak jaki, o cud...
– Nikt z wcielonych nie jest godzien cudów! nikt! – zabrzmiał mocny, potężny, męski głos, a tak silny jak przez spiżową tubę płynący.
Joe cofnął się przerażony, wodząc oczami dokoła, ale w pokoju nie było nikogo; Daisy leżała bez ruchu, światła płonęłyjasno i cała grupa zebranych stała w drugim pokoju, na wprost niego.
– Niechaj on gra! on! –szepnęła unosząc się i wskazując ręką na Zenona i zaraz padła w tył, wyprężona, sztywna i tak już pozostała.
Próżno Joe usiłował zmusić ją do rozmowy, leżała martwa jak trup; ręce miała zimne i twarz pokrytą lodowatą rosą.
– Zupełna katalepsja! Nic nie rozumiem – szepnął bojaźliwie.
– Cóż poczniemy? – zapytał ktoś.
– Módlmy się i czekajmy.
– Czy to naprawdę Daisy? – pytał Zenon.
– Daisy... nie wiem, może być... ale nie wiem.
Drzwi od okrągłego pokoju, gdzie leżała, zatrzasnęły się z hałasem.
– Siadać, cicho... rozpoczynamy!...
Zenon siadł przed fisharmonią, stojącą w głębokiej niszy na prawo, wprost okien, i zaczął cicho grać.
Światła wtedy raptem pogasły, przez chwilę jeszcze żarzyły się w żyrandolu rozpalone węgle, potem, gdy sczerniały, tylko kryształowa kula błyskała zielonawym, rozdrganym światełkiem.
Usiedli pod ścianą, jeden przy drugim, nie tworząc już łańcucha.
Zenon grał jakiś hymn wzniosły, stłumione dźwięki brzmiały słodkim chorałem, dalekim jakby z głębi niebotycznych naw płynącym i rozsypywały się w nieprzeniknionych ciemnościach.
Joe zaś ukląkł i zaczął się modlić półgłosem, przez chwilę słychać było odsuwanie krzeseł i trzeszczenie podłogi, snadź przyklękli wszyscy, bo szept modlitewnych głosów zaszemrał rozpaloną, wrzącą ulewą i wtórował przejmującym falom muzyki...
Zenon grał coraz ciszej, dźwięki zamierały z wolna, głuchły i niby zakrzepłe perły opadały ciężko, że już tylko jakieś błędne akordy jak pogubione westchnienia błąkały się w ciszy, powracały jednak i łkały upornie, przejmująco.
Po długiejchwili martwego milczenia zerwały się znowu niby krzyk na pustkowiu, krzyk nagły, przeszywający, okropny!...
I znowu opadała grobowa cisza, z której kiedy niekiedy wyrywały się błędne, rozełkane, samotne akordy...
Modlitwa umilkła, ale ten głos monotonny zrywał się co chwila, przycichał... konał... i znowu powracał... znowu jęczał... znowu błąkał się, dreszcz zatrząsł wszystkimi, bo był jak rozpacz, jak krzyk padających w przepaść...
Joe nie mógł już wytrzymać i rozniecił światło.
Zenon siedział martwo, oczy miał przymknięte, głowę pochyloną na poręcz krzesła, prawa ręka leżała bez ruchu na kolanie, a lewą poruszał machinalnie, uderzając raz po raz w klawisze...
– Wpadł w trans! – szepnął przygaszając znowu światła.
W pokoju zrobiło się wprost strasznie, siedzieli w grobowym milczeniu, skurczeni w bolesnym nabrzmieniu trwogi i oczekiwania, błądząc oczami w ciemnościach i czepiając się tego jedynego światełka jak zbawienia.
Chłód dziwny zawiewał od ścian, że mimo rozgorączkowania trzęśli się z zimna.
Cisza byłajuż nie do wytrzymania, a ten powracający wciąż, monotonny akord przejmował coraz sroższą męką...
Naraz w ciemnościach zaczęło się coś stawać.
Najpierw szyfrowe tabliczki, leżące na stole, jęły się podnosić i opadać jakby podrzucane, wreszcie trzasnęły w sufit i rozbitymi kawałkami posypały się na podłogę...
A po chwili zaczęły się rozsypywać w ciemnościach świetliste, niezliczone drgania, ale tak nikłe, tak drobinowe, że wydawały się próchnicową fosforescencją, opadały połyskującą rosą, osypywały się po ścianach, gęstniały z wolna i świeciły coraz mocniej, zalewając pokój błyszczącym, rozdrganym tumanem, jakby śniegiem błękitnawym, opadającym bez szelestu sypką i pierzastą falą.
– Om! – zadźwięczał w ciszy jasny, kryształowy głos.
I pochylili głowy, i chórem z trwożną pokorą i wzruszeniem, stłumionymi głosami zajęczeli błagalnie:
– Om! Om! Om!
Świetlista ulewa jeszcze się wzmogła, już teraz pokój był podobny do ciemnobłękitnej otchłani, przez którą przepływał potok gwiezdnych pyłów tak jaśniejący, iż ściany, drzwi, obrazy, sprzęty i sine, wylękłe twarze widać było dokładnie poprzez to rozdrgane, opadające bezustannie przędziwo błysków.
Mgławy zarys postaci, świetlany majak, widmo utkane ze światła, ukazało się naraz w drzwiach pokoju uśpionej.
– Om! Om! – szeptali coraz ciszej, cofając się pod ścianę i przyparci do niej, zmartwieli w świętej zgrozie zdumienia.
Zjawa jakby kwiatem z rozchwianych płomieni uniosła się w górę, byłajakby wytryskiem rozproszonego światła, z którego co chwila urabiał się zarys ludzkiej postaci i rozpryskiwał wybuchem krótkich, rozpylonych błysków.
Ulewa zgasła, pokój pociemniał, tylko zjawa błyszczącym ostro żółtawym obłokiem unosiła się z wolna, krążyła na parę stóp nad ziemią, stając się chwilami tak wyraźną w ludzkim kształcie, że widać było twarz kobiecą, okoloną długimi włosami, zarysy ramion i kontur całej postaci, a przez mgnienia ijakaś niebieskawa, mieniąca się płomieniami suknia widniała, ale niepodobna było dojrzeć rysów, bo to chwilowe skupienie światła, ten brzask rażący, z jakiego się urabiała, te połyskliwe, martwe drgania mieszały się ustawicznie, przelewały wirem bezustannym, że co mgnienie kontury się rozwalały w pył świetlisty i występowały na nowo.
Przez jakąś dłuższą chwilę widmo stało się zupełnym kształtem ludzkim, przysuwając się tak blisko, że obłędny strach runął w nich piorunem, chwiało się tuż przed nimi, zbliżając swoją twarz okropną; twarz ślepą, bez rysów, jakby kulę, z gruba obrąbaną i przedziurawioną czarnymi otworami, larwę podobną do kłęba mgławiących się drobin świetlistych, larwę dręczącego snu i przerażenia.
Sunęła od jednego do drugiego, zaglądając pustymi oczodołami w ich zamarłe i ostygłe ze strachu oczy, i jakieś ręce śliskie, wilgotnawe, jakby z nagrzanego kauczuku, ręce okropne i trupie, ręce zgrozy niewypowiedzianej dotykały się wszystkich twarzy.
Ktoś jęknął ciężko, jakby przez sen dręczący, i widmo rozprysnęło się w tejchwili w migotliwy, świecący tuman. Ale nim ochłonęli, zjawiło się znowu w niszy przy Zenonie.
– Daisy! – krzyknął bezwiednie Joe.
Wszyscy ją również poznali; tak, ona tam stała, widać było dokładnie, każdy rys twarzy występował ostro w tej dziwnej jaśni promieniejącej z niej samej, każdy szczegół postaci, nawet kolor włosów tak dobrze im znany.Byli najgłębiej przekonani, że to ona sama stoi w tym łagodnym brzasku promieniowań, jakby w jasnym obłoku.
Pochyliła się nad śpiącym, jakby mu coś chciała szepnąć do ucha, a on podniósł się i z niewysłowionym uśmiechem podał jej rękę i naraz, niby drzewo rozłupane przez piorun, rozpadł się na dwie osoby... siedział w dawnej postawie z głową pochyloną na poręcz krzesła i stał równocześnie w drugiej osobie przed nią pochylony...
Krzyk zdumienia wyrwał się ze wszystkich ust i padł zmartwiały, bo oto drzwi od pokoju okrągłego rozwarły się i ujrzano Daisy leżącą na sofie.
Dwa ciała leżały w śnie głębokim, równocześnie dwie zjawy, dwa widma czy dwie dusze przyobleczone w kształt widomy i płomieniejący światłem, dwa jakby zwierciadlane odbicia Daisy i Zenona przesuwały się w ciemnościach tuż przed nimi...
Jak to długo trwało? mgnienie czy wieki, nikt nie wiedział, nikt nie myślał i nikt nie pojmował. W podziw padły dusze i klęczały w świętej grozie cudu...
W tej przeświętej chwili łaski Izys odsłoniła rąbek zasłony przed łaknącymi światła, marzenia stawały się czymś więcej niźli rzeczywistością, bo cudem niezrozumiałym, tajemniczym, niezgłębionym, ale cudem, żywymi oczami widzianym.
Poczuli się zawieszeni na krawędzi niepoznawalnego, jakby w samych głębiach stawań się i jakichś bytów nawet niemyślanych i rzeczy zgoła niepojętych dla ślepych oczu człowieczych.
Przepadła wszystka pamięć żywota, wszystek pył ziemski opadł z ich dusz, wszystka myśl spłonęła, że pozostali jeno jakoby w samym rdzeniu istności, przed którą odsłaniają się tajemnice wszelkie, boć oto tam, o parę kroków, w ciemnościach drążyły się dwiejaśniejące postacie i trwał cud niepojęty... Cienie rysowały kontury, tworzyły ramę, z którejtym wyraźniej promieniały zjawy świetlane, niby słupy martwych połysków, przenoszące się z miejsca na miejsce bez szelestu i w takim milczeniu, że słyszeli przyśpieszone bicie serc własnych.
Z wolna, wjakiejś niepochwytnej, niezapamiętanej chwili widma poczęły blednąc, przygasać, niewidzialnieć i wsączać się w ciemności, tylko głowy pozostały nieco dłużej, chwiejąc się jak kwiaty świetlane na falach cieniów, były wciąż przy sobie, poruszając się jakimś wahającym, rozdrganym ruchem, znikały na mgnienia w rozpryskach oślepiających blasków i wynurzały się jeszcze, ale już bledsze, niklejsze, wiotsze, podobne do witrażowych postaci w mrocznych nawach, jeszcze oczyjaśniały dawną mocą i życiem, a już rysy się rozpadały, już marł kształt ludzki, aż i spojrzenia przygasły zmącone, jakby z nagła zanurzone w mrokach i przepadły, rozsypały się w pyłach białawych, z wolna gasnących.
Skończyło się wszystko, noc ich znowu otoczyła i milczenie, nikt się jednak nie poruszył z miejsca, omdlałe serca ledwie biły, myśli dźwigały się leniwie i niechętnie, podnosiły się jakby z letargu zachwyceń i oczarowań. 


A vámpír (Hungarian)

I.

Minden fény kialudt; csak az ablakok közt, a zöldes kristálygömbben pislákolt, vibrált alig észrevehetően a láng, akár egy sötétben lebegő szentjánosbogár.
Hirtelen csend lett, gyötrelmes várakozással teli csend.
Feszült figyelemmel ültek, mereven összpontosítva, kínzó nyugtalanság és épp hogy csak visszatartott rémült reszketés fogta el őket.
Lassan telt az idő a rettenetes némaságban, a rémisztő sejtelmek fojtó, szörnyű csendjében, elfojtott sóhaj szállt a sötétben, reccsent a padló, majd hirtelen felismerhetetlen hang - madár röptére emlékeztetett - törte meg a csendet, csattogása betöltötte a szobát, hűs légáramlatot sodort a felhevült arcokra, és zokogva elhalt a sötétben...
...És megint évszázadnyi hosszúságú percek, a gyötrelmes hallgatás és várakozás percei következtek.
Hirtelen megremegett az asztal, vadul rázkódott, a levegőbe emelkedett és zajtalanul a padlóra esett...
Jeges borzongás szorította össze a szíveket... valaki kiáltott... ideges zokogás tört fel valahol… valaki felugrott, mintha menekülne... a rémület perzselő lélegzete szállt a sötétben, fájdalmas, kínzó rettegésként örvénylett a lelkekben, de rögtön kialudt mindez, elfojtotta a szellemek utáni szárnyű vágy...
Csodáért könyörgött minden rettegő, kínzó vágyaktól feszített lélek. Még mélyebb lett a csend, visszatartották lélegzetüket, elfojtották ijedt szívdobogásukat, minden akaraterejüket összeszedték, hogy ne reszkessenek, ne suttogjanak, ne mozduljanak, még csak ne is nézzenek. Halálos mereven ültek ebben a néma csendben, ketyegett egy óra, kínzó reszketéssel töltötte el a szívüket, és súlyos kalapácsütéseket mért a halántékukra.
Szélfútta és távoli tompa zaj, mint a tenger kiömlő hullámainak mormolása, játszott az ablakon szakadatlanul, újra meg újra rákezdte az eső, halkan, gyöngysorok végtelen füzéreként csordogált a bepárásodott, elszürkült üvegeken, és susogott álmatagon, félénken; szél csapódott az üveghez, és fojtott, fájdalmas kiáltással, élettelenül siklott le a falakon, majd fák, foszlott felhőkre emlékeztető, vak és néma fák hajoltak az ablakokhoz, imbolygó árnyékuk olyan volt, mint egy elfeledett, homályban elenyésző álom. De a szoba még mindig csendes volt és néma, feneketlen, örvénylő mélység, csak az a zöldes láng reszketett szüntelenül, mint egy fekete szakadékban tükröződő csillag. Fényben tündöklő lárvaként éledt, vagy mint egy tekintet, hunyorgó lánggal szikrázott, és ki is hunyt rögtön abban a zavaros sötétségben, abban a megfoghatatlan, alig érezhető áramlatokkal, láthatatlan mozdulatokkal, izgató borzongásokkal, holtra rémült suttogásokkal, elhaló fényekkel és leselkedő, kínzó félelmekkel teli sötétségben...
Az asztal megint kitépte magát a kezek alól, szétlökte a körülötte ülőket, hirtelen felemelkedett és nagy robajjal visszazuhant a helyére... megszakadt a kezek láncolata, feltört néhány kiáltás, valaki felugrott, a villanykapcsolóhoz rohant...
- Csend legyen... a helyére... csendet! - szólalt meg egy parancsoló hang.
A kezek megint széttéphetetlen láncba fonódtak össze, hirtelen csend lett, de már mindenkin eluralkodott az ideges reszketés, remegtek a kezek, borzongtak a szívek, és a lelkeken szent borzadály vihara söpört végig, az asztal fölé hajoltak, mint egy kifürkészhetetlen, rejtélyes lény fölé, amelynek minden mozdulata csoda volt, élő csoda.
Joe, a vezető suttogva imádkozott, s a többiek reszkető ajakkal ismételték utána egyre gyorsabban, egyre hevesebben, végül betöltötték a teret ezek az illékony, szenvedélyes, a szívből, az igézett lelkek mélyéből feltörő suttogások. Tűnő szófoszlányok, hitben égő szavak hangzottak, lágyak, akár a fuvallat, mégis hatalmasak a látomás, a csodák utáni epedő vágyban.
A másik szobában hirtelen megszólalt a harmónium.
Bennszorult a jajszó a torkokban, bódult félelembe ájultak a lelkek, mintha itt lenne már a vég, hiszen senki sem várta ezt a zenét, nem tudták, honnan áradnak ezek a dallamok, nem tudták, élő hang vagy csodás káprázat...
Az asztalra borultak, mert már mindenkit elhagyott az ereje, görcsösen szorították egymás kezét, nehogy belezuhanjanak a magány szakadékába... összébb szorultak, vállukkal egymáshoz értek, reszketve, az áhítat szent borzadályától áthatva merültek bele a különös hangokba, amelyek láthatatlan hárfa húrjain végigfutó lágy fuvallatként szálltak.
És elfeledkezvén mindenről már senki sem tudta, valóság ez vagy bűvös álom.
A zene a rajongó imádság tömjénillatú leheleteként, ezüst hangok harmatcseppjeiként, oly édes dallam-fuvallataként porladt szét a sötétben, hogy a lelkek, mint a virágok holdfényes éjszakákon, bódító ábrándokban ringatóztak.
Majd hatalmas, ünnepi énekké emelkedett, kiterjedt, mintha az egész világ zengené dallamát.
És fájdalmasan zokogott, a világmindenségbe belevesző lélek jajkiáltása szólalt meg benne.
És még szédítőbb magaslatokba emelkedett, a könnyes elragadtatás himnuszává, az elvágyódás oly messzeségébe, hogy már a titkokból és ábrándokból születő új létezés kisugárzásának tetszett.
Még nem ocsúdtak fel az élményből, a lelkek még, mint a lángok, álmatagon ringatóztak az elhaló hangok ritmusára, mikor az előszoba ajtaja sarkig tárult, a fényáradat kidőlt oszlopként zuhant a padlóra, és a küszöbön megjelent egy magas, ragyogó alak...
Felugrottak a helyükről, de mielőtt bármelyikük is elkiálthatta volna magát, az alak megmozdult és lassan haladó fénycsóvaként elindult, mereven és súlyosan lépkedett, kitárt karral, minden pillanatban megállva, imbolyogva...
Az ajtó zajtalanút becsukódott, és megint elborított mindent a sötétség.
- Ki vagy? - kérdezték fojtott, reszkető hangon.
- Daisy... - lebegett tiszta, anyagtalan sóhaja.
- Sokáig maradsz velünk?
- Nem... nem...
- Hol a tested?
- Ott... a szobában... alszom... szólítottál… eljöttem... Guru...
A suttogás összezavarodott és olyan halk lett, hogy csak a néma, reszkető ajkak susogtak a sötétben…
Joe megnyomta a gombot, és a szobát elöntötte a villanyfény.
- Daisy! - kiáltott fel egy ember, és már rohant is az alak felé, de hirtelen meg is torpant, mintha villám sújtotta volna, mert a lény odafordította üres arcát, ajkát mozgatva mondani akart neki valamit...
- Nem, nem Daisy... ugyanaz, mégis idegen, valaki más...
A döbbenettől meggörnyedve, rémülten, lopva pillantott Daisyre, tekintete végigfutott arcán és egész alakján... ugyanaz az arc, de a vonásai mások, idegen... idegen...
- Daisy!... Nem... nem... - kiáltott döbbenten, az emlékek az őrület, a halálos félelem villámfényében tündököltek előtte.
Semmit sem értett, képtelen volt felfogni ezt az elképesztő átalakulást, mély álomba zuhant, Daisy tükörképe áll előtte, és máris szertefoszlik, rögtön eltűnik, mint egy kísértetalak...
Behunyta szemét, és ki is nyitotta rögtön, de Daisy a régi helyén állt, ott volt, látta őt legapróbb részleteiben, de hirtelen hátrahőkölt, mert az alak ráemelte komor, örvénylő, idegen tekintetét, pillantása olyan szörnyű volt, hogy a rémület feneketlen mélységeibe zuhant.
Mindnyájan kővé meredtek.
Joe pedig félénken odament az alakhoz, ujjával megérintette a szemhéját, amely megremegett és lezárult, majd lassan megérintette halántékát; karját, keblét, vállát, kezét néhányszor áthúzta a feje felett, visszahúzódott, és parancsoló hangon így szólt:
- Indulj!
Nem mozdult.
- Indulj! - kiáltott hangosabban Joe. Lassan hátrált, le nem vette róla a tekintetét. Az alak hirtelen megremegett, mintha nehezen tudna elszakadni a padlótól, elindult Joe után, merev, gépies mozgással követte a fényes, kivilágított szoba belsejébe...
Közben senki se mozdult, nem sóhajtottak fel, nem borzongtak meg; minden tekintet az alakot követte.
Joe kézen fogta és a szoba közepére helyezett nagy kerevethez vezette; az alak öntudatlanul hanyatlott rá.
- Beszélhetsz? - kérdezte a lény fölé hajolva Joe.
- Beszélhetek...
- Egyedül vagy, Daisy?...
- Ne kérdezd...
- Egyikőnk sem zavar?
- Nem... nem... ki szállhatna szembe A akaratával - mondta Daisy. Hangja idegen volt, néha olyan, mintha valami fonográfból beszélne, élettelenül; holt hangok törtek fel közvetlenül a torkából, mert ajka nem mozdult, arcizma se rándult.
- Tehát mindenki itt maradhat a szobában? - kérdezte megint Joe.
A lény nem felelt, csak türelmetlen mozdulatot tett, felemelte súlyos szemhéját, megvillant kifordult szeme fehérje, mosoly futott át krétafehér arcán, kezét kinyújtotta az űrbe, mintha láthatatlan társát üdvözölné, és halkan suttogni kezdett valamit.
Joe figyelmesen hallgatta, de hiába próbált bármit is kihámozni, teljesen ismeretlen nyelven beszélt.
- Mit mondasz? - kérdezte egy pillanat múlva Joe, kezét Daisy homlokára téve.
- Sarvatassida!
- Mahatma?
- Az, aki van, aki betölti a mindenséget, aki azonos A-val, a szellemem...
- Szólni akar általad?
- Ne kínozz...
- Történik ma valami? Összegyűltek a testvérek, rémülten várakoznak, esedezve kérnek valami jelet, csodát...
- Senki se méltó a csodákra, aki testet öltött! Senki! - szólalt meg egy érces, hatalmat sugárzó férfihang olyan erővel, mintha bronz szócsőbe beszélne. Joe rémülten hőkölt vissza, körbepillantott, de nem látott senkit; Daisy mozdulatlanul feküdt, ragyogott, áradt körülötte a fény, és vele szemben ott állt a másik szobában az egész gyülekezet.
- Ő zenéljen! Ő! - suttogta felemelkedve Daisy. Kezével Zenonra mutatott, és rögtön vissza is hanyatlott, megfeszült, mereven feküdt, akár egy hulla, keze hideg volt, arcát jéghideg veríték borította.
- Teljes katalepszia! Semmit se értek - suttogta rémülten Joe.
- Mitévők legyünk? - kérdezte valaki.
- Imádkozzunk és várjunk.
- Ez tényleg Daisy? - kérdezte Zenon.
- Daisy… nem tudom, lehet... de nem tudom.
Hangosan becsapódott a kerek szoba ajtaja, ahol feküdt.
- Leülni, csendet... kezdjük!...
Zenon a jobb oldali, mély fülkébe ment, leült az ablakkal szemben álló harmóniumhoz, és halkan játszani kezdett.
Hirtelen kialudt a fény, egy pillanatig még izzottak a csillárban a kiégett szénszálak, aztán elsötétedtek, és csak a kristálygömb derengett reszketeg, zöldes fénnyel.
A falhoz ültek, egymás mellé, már nem képeztek láncot.
Zenon valami fenséges himnuszt játszott, a fojtott hangok gyönyörű karénekként szóltak a távolból, mintha égbe nyúló templom hajójából áradnának, majd szertefoszlottak az áthatolhatatlan sötétségben.
Joe pedig letérdepelt, és halkan imádkozni kezdett, egy pillanatig hallani lehetett, ahogy elmozdulnak a székek, reccsen a padló, nyilván mindenki térdre borult, mert heves záporként ömlöttek az imádság suttogó hangjai a zene magával ragadó hullámait kísérve...
Zenon egyre halkabban játszott, elenyésztek lassan a hangok, elnémultak, fagyott gyöngyszemekként hullottak, már csak egy eltévedt akkord szólalt meg, elfojtott sóhajként bolyongva a szobában, majd a dallam újra meg újra visszatért, és szívet tépő zokogássá fokozódott. Aztán minden elhallgatott.
A síri csend hosszú pillanata után, mint egy kiáltás a pusztaságban, a dallam ismét felhangzott hirtelen, mint egy csontig ható, rettenetes sikoly!
És megint síri csend lett, amelyből csak néha-néha tört elő egy eltévedt, fájdalmas, magányos akkord.
Elhallgatott az imádság, csak egy monoton hang szólalt meg néha, elnémult... elenyészett... és megint visszatért... megint felsóhajtott... megint arra tévelygett. Beleborzongtak, mert kétségbeesett volt, mint a szakadékba hulló kiáltás...
Joe már nem tudott uralkodni magán, és felkapcsolta a villanyt.
Zenon holtra váltan ült, félig lehunyt szemmel, feje a szék támlájára hanyatlott, jobb keze mozdulatlanul feküdt a térdén, balját gépiesen mozgatta, időnként leütött néhány billentyűt...
- Transzba esett! - suttogta Joe, és megint lekapcsolta a villanyt.
Szörnyű volt a szobában, síri csendben ültek, a rettegéssel teljes várakozás kínzó görcsében, sötétben imbolygó tekintetükkel újra meg újra az egyetlen, megmentő fénybe kapaszkodtak.
Furcsa hűvösség sugárzotta falakból, lázas felindultságuk ellenére reszkettek a hidegtől.
A csend már elviselhetetlen volt, s az a folyton visszatérő, egyhangú akkord egyre kínzóbb fájdalommal töltötte el őket...
A sötétben egyszer csak elkezdődött valami.
Először az asztalon heverő rejtjeltáblák emelkedtek fel, majd visszaestek, mintha ledobták volna őket, végül a mennyezethez csapódtak és darabokra törve hullottak a padlóra...
Egy pillanat múlva számtalan fénypont fröccsent szét a sötétben; e villódzó porszemek elenyészően parányiak voltak, foszforeszkáló, csillogó harmatcseppként hullottak alá, szétszóródtak a falakon, lassan összesűrűsödtek és egyre fényesebben világítottak, csillogó, rezgő köd öntötte el a szobát, mint kéklő hópelyhek nesztelenül szétporló, pihekönnyű hulláma.
- Om!* - szólalt meg a csendben egy kristálytiszta hang.
Lehajtott fejjel, félelemmel teli alázattal és megindultsággal, epekedve sóhajtottak fel, kórusban ismételték:
- Om! Om! Om!
Egyre erősötlött a fényáradat, a szoba már sötétkék, örvénylő mélységhez volt hasonlatos, amelyen patakként ömlött át a csillagpor, olyan ragyogással, hogy jól ki lehetett venni a falakat, ajtókat, képeket, bútorokat és a szederjes, rémült arcokat e szüntelenül villódzó, lehulló fénypontok ködhálóján át.
Ködbe vesző alak, tündöklő jelenés, fényből szőtt kísértet jelent meg hirtelen a bódult álomba merülő szoba ajtajában.
- Om! Om! - suttogtak egyre halkabban, a falig hátráltak és nekitámaszkodtak, holtra váltan a szent borzadálytól.
A jelenés, mint egy lángoktól emésztett virág, felemelkedett, mintha a szóródó fényből szikráznék elő, amelyből minden pillanatban kirajzolódlak, majd permetként aláhulló fénypontokká robbantak szét egy-egy emberi alak körvonalai.
Kihunyt a fényáradat, sötétség borult a szobára, csak a vakítóan ragyogó, sárgás ködben úszó kísértet emelkedett fel lassan, néhány lábnyira a föld felett lebegett, időnként jól kivehető emberi alakká tisztult, láthatóvá vált a hosszú hajjal körülvett női arc, a karja és alakja körvonala, egy pillanatra pedig valami kéklő, csillogó lángokban játszd ruha is felvillant, arcvonásait viszont nem lehetett kivenni, mert ezek a pillanatokra összeálló ködfoltok, ez a vakító hajnalfény, amelyből vétetett, e ragyogó villódzás szüntelenül elmosódott, örvénylett, gomolygott, a kontúrok minden pillanatban fénylő porszemekre hullottak szét, majd ismét összeálltak.
Egy pillanatra a kísértet teljes emberi alakká vált, olyan közel jött hozzájuk, hogy villámcsapásként hasított beléjük a tébolyult félelem, ott imbolygott előttük, közeledett szörnyű arcával; vak, üres, kifejezéstelen arc, mint egy durván megmunkált, fekete nyílásokkal lyuggatott gömb, apró, derengő fénypontok ködfelhője, rettegésből, lázálomból életre kelt lárva.
Ment az egyiktől a másikig, öreg szemgödrével félelemtől dermedt szemükbe nézett, síkos, nedves, meleg, szörnyű és halott, leírhatatlan rettegést keltő kezével mindnyájuk arcát megérintette.
Nehéz sóhaj tört fel egyikükből, mintha rémálom kínozná, s a kísértet e pillanatban villódzó, fénylő ködfelhővé foszlott szét.
De mielőtt felocsúdhattak volna, ismét megjelent a fülkében Zenon mellett.
- Daisy! - kiáltott fel Joe öntudatlanul.
A többiek is felismerték, igen, ő az, ott állt tisztán láthatóan, a különös, belőle sugárzó, derengő világosságban élesen kirajzolódott arcának minden részlete, még hajának oly jól ismert színe is látszott. Meg voltak győződve róla, hogy ő maga állt ott ebben a fénylő ködfelhőre emlékeztető, enyhe sugárzásban.
Daisy az alvó Zenon fölé hajolt, mintha a fülébe akarna súgni valamit, az pedig felemelkedett, és soha nem látott mosollyal felé nyújtotta kezét, majd hirtelen, mint a villámsújtotta fa, két személyre hasadt szét... ott ült az előző testtartásban, fejét a szék támlájára hajtva, s ugyanakkor ott állt másik személyében Daisy felé fordulva...
Döbbent kiáltás szakadt ki mindnyájukból, majd rögtön el is akadt a szavuk, mert ím, nyílt a kerek szoba ajtaja, és megpillantották a kereveten fekvő Daisyt.
Két mély álomba merült testet láttak, Zenont a széken és Daisyt a kereveten, ugyanakkor két jelenést, kísértetet, két látható alakot, két, lángok fényében tündöklő lelket, mintha Daisy és Zenon tükörképei lennének, úgy vonultak előttük a sötétségben...
Meddig tartott? Egy pillanatig vagy évszázadokig, senki se tudta; senki sem értette és senki se fogta fel.
A csodák bűvöletébe kerültek a lelkek, a csodák szent borzadályától áthatva térdéltek a testvérek...
E szent, kegyelemmel teljes pillanatban Ízisz félrevonta a függöny fátylát e fény után epekedő emberek előtt, az ábrándok valóság felettivé váltak, felfoghatatlan, rejtelmes, kifürkészhetetlen, az élők szemének mégis látható csodává.
Úgy érezték magukat, mintha a megismerhetetlen végső határához érkeztek volna, mintha valami elképzelhetetlen, az emberi tekintet számára tökéletesen felfoghatatlan lét keletkezésének mélységeibe kerültek volna.
Elenyészett minden, ami az életre emlékeztetett, lelkükről lehullt minden földi por, kiégett belőlük minden gondolat, mintha közvetlenül a létezés forrásánál állnának, ahol feltárul minden titok, mert ím, pár lépésnyire előttük, a sötétben két fénylő alak rajzolódott ki, és folytatódott a felfoghatatlan csoda... Kontúrokat festettek az árnyak, keretet alkottak, amelyből még vakítóbban sugárzott a két ragyogó jelenés, mint két élettelen fényoszlop, zajtalanul változtatták helyüket, oly néma csendben, hogy mindenki hallotta saját felgyorsult szívverését.
Lassan, e felfoghatatlan, feledhetetlen pillanatban a kísértetek halványodni kezdtek és beleolvadtak a sötétbe, csak a fejük látszott még egy darabig, ringatóztak, mint a virágok az árnyak hullámain, még ott voltak, ringó, remegő mozdulatokkal, elenyésztek egy pillanatra a vakító fénypontok ködfelhőjében, majd ismét kirajzolódtak, de már sápadtak, halványak és illékonyak voltak, mint a félhomályos templomhajók színes üvegablakain derengő alakok, szemük még a régi tűzzel és élettel ragyogott, de vonásaik már szétfolytak, köddé vált emberi alakjuk, végül a tekintetük is kihunyt, elmerült, elenyészett a homályban, lassan kialvó, fehérkés porszemekre hullott szét.
Mindennek vége volt, megint éjszaka és hallgatás borult rájuk, de egyikük sem mozdult a helyéről, alélt szívük alig dobogott, gondolataik lustán és fáradtan mozdultak, mintha bűvös elragadtatás letargiájából éledeznének.

* Az Om mani padme hum (lótuszba foglalt ékesség) tibeti buddhista formula kezdő szava (a ford.) 



Source of the quotationWładysław Reymont: A vámpír, p. 5–13.

minimap