Klejnocki, Jarosław: Poslední rozhovor (Ostatnia rozmowa in Czech)

Portre of Klejnocki, Jarosław

Ostatnia rozmowa (Polish)

            …A jaka była droga mego Ojca? Cóż wzbudzało mój bunt i moją niezgodę? I co mogę powiedzieć teraz o chwili, którą tak dobrze pamiętam. Kiedy koło się zamknęło i tak jak on mnie niegdyś niemowlaka, tak ja jego, bezbronnego i opadłego z sił, wynosiłem na rękach ze szpitala? Kiedy widziałem jak on, zawsze dorodny, tryskający energią, leży wychudzony jak oświęcimczyk, z rurkami wepchniętymi w nos, ledwie łapiący oddech? Kiedy byłem świadkiem ostatnich chwil, dzielnie udającym, że wszystko jest takie jak zawsze? Kiedy obaj wchodziliśmy na ostatnią drogę, wiedząc ku czemu prowadzi i obaj zachowywaliśmy w tej kwestii milczenie? Cóż mogę powiedzieć?
            …Żyliśmy na archipelagach i nie dane nam było witać się ani żegnać. Zostawiasz mnie, Tato, z filmem wspomnień - pełnym nieostrych, zamazanych kadrów i ujęć; z niezaspokojeniem, z tymi banalnymi pytaniami, które każdemu przychodzą na myśl. Nigdy nie umieliśmy wysłuchać się do końca, wypytać, przebadać. Zawiedliśmy się nawzajem wiele razy. I tak nas już zostawiono. 
            …Bywało, w dawnych czasach, ze podsłuchiwałem, jak pieklił się i chandryczył w politycznych dyskusjach przy szklaneczce Johny Walkera Black Label. Wydawało mi się, że spoglądał dalej niż inni, że rozumiał to, czego jego towarzysze z monopolistycznej partii pojąć nie potrafili. Dlatego nie chciał brać odpowiedzialności za całość – za system, za układy, za korupcje, za powszechną degradację i końcowy upadek. Od dawna zapowiadał katastrofę, jak proroczo nazywał ten malowniczy kolaps totalizmu, który szczęśliwie zdarzył się wreszcie pod koniec lat osiemdziesiątych. Kontestował realia, ale – jak to mawiało się w oficjalnym języku – “konstruktywnie”. Pozostawał krytycznie lojalnym. Zaatakowany, zawsze jednak sprowadzał rzecz do wymiarów indywidualnych. Mówił: “Ja nie kradłem”, albo: “Przewidywałem taką konsekwencję i uprzedzałem wszystkich, nie licząc się z niebezpieczeństwem i nie dbając o karierę.” Zdaje się, że chciał wierzyć, iż udało mu się – zawsze i wszędzie – pozostać uczciwym. Być w porządku. Choćby tylko, tam, gdzie sięgała jego władza albo możliwość oddziaływania. Tak, patrzył dalej, ale pycha nie była mu obca. Szybko zapominał o własnych błędach, wyrzucał je z pamięci. Na swój sposób był też umiarkowanie nieprzemakalny. Brakowało mu poczucia skromności i dyskrecji. Chciał brylować i trzeba przyznać, że udawało mu się to. Ale wypada też powiedzieć, że nie miał zbyt wielkiej konkurencji. Cóż, tak zwane kadry partyjne trudno porównywać z absolwentami Eton, Cambridge czy Heidelsbergu. A może po prostu o to mu szło? Czuć się lepszym od innych, zachowywać denerwującą otoczenie niezależność – ale w ustalonych, tolerowanych przez Wielkiego Brata ramach?  
Nie przeciwstawił się też nigdy własnym szczeniackim wyborom – z czasów, gdy jako nastoletni sierżant Armii Ludowej, tej miniaturowej komunistycznej i antynazistowskiej partyzantki, wchodził w ciemny las nie wiedząc jeszcze, że będzie musiał zabijać niewiele od siebie starszych chłopaków w mundurach feldgrau. A potem, że przyłoży rękę do tego, czego mnie uczono w szkole jako “historię Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej”. Nie rzucił swej partyjnej legitymacji podczas żadnego z dramatycznych politycznych kryzysów – ani w 1968, ani w 1976, ani nawet w 1981, kiedy wprowadzono stan wojenny i raz na zawsze okazało się czym jest ten przeklęty ustrój zwany, nie wiadomo zresztą czemu, “socjalizmem”. No i zwrzeszczał mnie, gdy w stanie wojennym, złapany przez milicje z plecakiem nielegalnych wydawnictw i broszur, oczekiwałem w komisariacie wsparcia i podniesienia na duchu. Ileż kłótni stoczyliśmy w te wieczory, gdy za oknem warkotały diesle transporterów opancerzonych, a na rogach ulic stały zziębnięte wojskowe patrole grzejące się przy siermiężnych koksownikach. I jak bardzo nasze spory musiały wówczas przypominać tysiące innych, podobnych. Ognistych i pełnych pasji, toczonych jednak półgłosem w zakamarkach ciasnych mieszkań, bo, wiadomo, ściany mają uszy, a czym tak naprawdę trudnią się sąsiedzi – trudno powiedzieć. Kierowaliśmy, On i ja, nasze argumenty w pustkę, bo przecież nie chodziło, by drugiego przekonać, chodziło o to, by wykrzyczeć swą rację. Moją: ślepej niezgody i Jego: asekuranckiej akceptacji.  
            Gdzieś tam jednak musiał dokonać się w nim przełom. Ideowość i wiara wyparowały, pozostał czysty funkcjonalizm materialistycznego spojrzenia i potrzeba zabezpieczenia rodzinnego dobrobytu. Fakt, żyło nam się zawsze dostatnio, a chwilami wykwintnie. Mógłbym dzięki jego wysiłkom zostać przedstawicielem “bananowej młodzieży”, ale nigdy nie ciągnęło mnie w stronę hedonistycznej, utracjuszowskiej konsumpcji. Co nie znaczy, ze nie ciągnęło mnie na manowce. Oj, ciągnęło, jeszcze jak. Ale jakaś blokada mimo wszystko istniała. Bo nigdy nie stałem się “dzieckiem z Dworca Zoo”, nigdy nie upadłem tak nisko, nigdy nie zatraciłem się. A On, ten mój mętny mentor młodości? Dlaczego nie chciałem go, poza wszelkim kuszeniem, zwieść i zawieść? Czyżbym wierzył w porozumienie, w utopie dialogu, w nonsensowne przecież braterstwo krwi? Skąd to współczucie, współczucie, które wyradza się z dawnej wrogości, obcości, nieprzystawalności?
            Rzecz w pochyleniu nad męką Innego, jakby powiedział pewnie Levinas.  Bo też czym za to wszystko, to znaczy za własne niepojęte życie, zapłacił mój Ojciec? Z pewnością umiarkowanym alkoholizmem, którego przejawami bywałem wielokrotnie zirytowany, a moja matka zraniona. Także zamknięciem, mrukliwością, niechęcią do rozmów, zwanych przez Niego zresztą, niezbyt do końca poprawnie,  “próżnym międleniem ozora”. Zawsze pozostawał samotny, dobrowolnie oddzielony od nas, ode mnie. Jak mu tam było samemu ze sobą – nigdy się nie dowiedzieliśmy. Czyżby chciał nam powiedzieć, poprzez swoje milczenie, ze istnieją prawdy, których nie zdradza się nikomu, z którymi trzeba pozostać samotnym do końca? Ale boję się też i takiej ewentualności: że to jego milczenie skrywało jakąś nieprzejrzystą dla niego samego pustkę. Że głos wewnętrzny myślom kłamał i wytwarzał jedynie chaos, którym on sam, człowiek na wskroś zracjonalizowany, irytował się – gdyż nie umiał go poskromić. Że zmagał się z tym wszystkim, ale nie potrafił swej udręki przekuć w żaden, choćby i najmniejszy, heroizm i wobec tego żył delektując się tym, co niewielkie, ale jednocześnie pretensjonalnie przyzwoite. Ludzie bez wyobraźni nazywają taki stan “godnością” i tak zyskują szacunek krewnych oraz sąsiadów. Choć jednocześnie coś nim targało i nie dawało spokojnie zasnąć bez uprzedniego łyknięcia potężnej dawki C2H5OH przyprawionej wykwintnym aromatem, właściwym dla każdego drogiego trunku. Widocznie miało tak być. Niech więc będzie. Niech będzie, że niósł swój krzyż, a ja mu bynajmniej w tym nie pomagałem.
Do końca życia czytał “Trybunę”, tę spadkobierczynię dawnej komunistycznej “Trybuny Ludu”, organu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i wielokrotnie przypominał mi, leżąc już na łożu boleści, bym nie zapomniał właśnie tam zamieścić jego nekrologu. Zanurzał się też w książkach historycznych, hobbystycznie badał średniowiecze i zamęczał nas swą przyczynkarską erudycją. Drążył Pismo Święte podkreślając markerem miejsca niepewne i zanadto, dla Niego, niejasne. Studiował Biblię rozumowo i zadręczał swymi odkryciami oraz wątpliwościami lokalnego proboszcza, gdy ten biedak - wiedząc, że mimo wszystko może liczyć na hojną subwencję (zawsze w dolarach!) i ekskluzywny napitek - przychodził po kolędzie na wieczór drogi krzyżowej, którą oferował mu ten poplątany marksista. Poza tym, w ostatnich swych latach Ojciec ulegał, oprócz alkoholu i hurtowo wypalanym papierosom, tylko jednej pasji. Podniecał się każdym drobnym sporem politycznym w kraju i manifestująco okazywał zdegustowanie działalnością każdego polityka, który nie deklarował się w nowych wspaniałych czasach jako socjaldemokrata. Spierało się w nim kilka sprzecznych natur, jakby cały został złożony z rozmaitych niespójności. Nigdy tez nie potrafiłem pojąć, jak mógł tak żyć. Manewrować pomiędzy cynizmem a oportunizmem, ulegać i nie ulegać. Stawiać się i poddawać. Zarabiać pieniądze i nie wyrządzać (ufam) nikomu zbytniej krzywdy. Nie byłem tolerancyjny. Z czasem dostrzegałem przede wszystkim dziwactwa, niekonsekwencje, idiosynkrazje. I vice versa. Chcieliśmy kształtować się wzajemnie na własny obraz i wyobrażenie. Żaden z nas nie myślał ustąpić. To była ciągła szarpanina, ciąg nieporozumień, niezrozumień, zamierzonych i niezamierzonych przykrości. Przyciąganie; odpychanie. Bywałem jego sumieniem, a on moim. Co zamierzali osiągnąć bogowie poprzez nasze uwikłanie – do dzisiaj nie wiem. Zostały mi tylko słowa wysyłane w pustkę. W tę pustkę chmur, wiatrów i kurzawy, gdzie zmierza mój Ojciec wędrujący ciemną doliną…
…A teraz ta zielona arabeska. Szutrowa alejka cmentarza “Ku słońcu” w Szczecinie, który przypomina raczej park. Tu leży mój dziadek. Ojciec Ojca, którego nigdy nie poznałem. Groby dyskretnie ukrywają się za żywopłotami, wśród nich krocza rodziny i samotne staruszki. Brakuje tylko wody – jeziora albo skromnej rzeczki z przesiadującymi wśród traw kaczkami - by dopełnił się pejzaż arkadyjski. Żadna ze stron nie narzuca się drugiej. My idziemy spokojnie, może nawet leniwie, tymczasem zrzuciwszy tuniki trosk w niewidzialnej przebieralni, a oni trwają we własnej ciemności, nienaruszeni przez czas i ziemię. Wyobrażam sobie, jak leżą w odświętnych ubraniach, jakby zabrano ich nagle z wesela lub chrzcin, leżą nieprzespani niczym w żelaznym śnie, nakryci słodką otulina lat. Kwiaty przyniesione niegdyś przez bliskich i znajomych na to ostatnie pożegnanie zachowały świeżość, jakby dopiero przed chwilą zostały zerwane. A ich myśli i wspomnienia, nagle bezdomne, unoszą się swobodnie ponad głowami nas, żyjących. Fruwają eteryczne niczym astralne powłoki…
…A tymczasem - gdzieś tam, na tle lazurowego nieba nad warszawskim Bródnem, tą największą nekropolią Starego Kontynentu gdzie rozstałem się z Nim ostatecznie, szybuje fantom Wilna – rodzinnego miasta mego Ojca. Drewniane, pół – żydowskie, swojskie Wilno sprzed II Apokalipsy. Prowincjonalna ojczyzna, którą nieodwołalnie odbiorą pewnego dnia wszystkim wygnańcom. Wieże kościołów i dumna baszta Gedymina. Trzy białe krzyże na sąsiadującym wzgórzu. Widzę, jak Ojciec, sapiąc i poprawiając ciężki od książek i kajetów tornister, biegnie do gimnazjum; jeszcze tylko to niewielkie wzniesienie i już u celu. Po drodze powtarza angielskie słówka, jakby przewidywał, że kiedyś mu się przydadzą. To spokojne małe Wilno unosi się w wielkiej ciszy nad rozhisteryzowanymi bulwarami nowoczesnego miasta. A cienie anonimowych  przechodniów - każdy ze swoją opowieścią -  przyglądają się chłopcu, który co rusz zagląda do tajemniczego czarnego notatnika. Jacyś podrzędni literaci siedzą przy kawie i narzekają na warszawskie układy. Coś czytają sobie z zadrukowanych, pomiętych kartek. Mój Ojciec mija ich zaaferowany i pogrążony w myślach. Zdrady i olśnienia. Rozczarowania i spełnienia. Codzienny trud. Nieliczne momenty tryumfu. Wszystko przed nim. Na razie ten mały chłopczyk niczego nie wie i niewiele potrafi sobie wyobrazić. Więc będzie jak miało być. Historia wkroczy w jego losy, tak jak dotknęła Dziadka swym zakrzywionym, kościstym paluchem. Hm, tak jak dotknie nas wszystkich, choćbyśmy się schowali w mysiej dziurze. Będą podróże, wyprawy, egzotyczne lady i kontynenty. Będą zawiedzione miłości i nieudane pierwsze małżeństwo. Krzywoprzysięstwa przyjaciół i altruizm nieznajomych. Pojawię się wreszcie i ja, wyczekiwany, a potem trochę zlekceważony, gdy już zaistnieje. Nad miastem Gedymina i Witolda zbierają się zwolna obłoki. Białe baranki, wysoko. Mój Ojciec chyba ich nie widzi. Ma swoje małe problemy, które potem rozrosną się, spoważnieją. Wielka maszyna świata pracuje obojętna. Słychać lekki szum delikatnego mechanizmu.
…A tu, na tym spokojnym szczecińskim cmentarzu, dzieci biegają beztrosko, matki pchają wózki, ktoś poprawia sobie fryzurę przystanąwszy na uboczu. Wielkie drzewa rosną bezgłośnie. Ale obok chrzest. Drobne kroczki na żwirze. Młyny mlą powoli i nieubłaganie. Rosną wieże melancholii. Oni tam – i my tu; zagubieni w kłączu nieuchronności. Przesyt tam i niedosyt tu. Ale to już było. Tak: było, jest i będzie. To utarty trakt. Bo wyodrębniamy się poprzez konflikt, poszukujemy naszej własnej niepowtarzalności w starciu i konfrontacji. Instynktownie jednoczymy się z rówieśnikami, narzekamy w szkole czy już po zajęciach, przy piwku na wszystko to, co dojrzale, utrwalone, określone. Naszym żywiołem jest wtedy ruch. Poszukujemy przemian, nowych dekoracji dla tego najlepszego ze światów, poszukujemy czegoś fascynującego w swej nieokreśloności. Że z takich walk rodzą się nowe jakości społeczne, nowe mody intelektualne i nowe normy – to wiemy, wiemy. Ale co tak naprawdę buduje naszą jednostkowość? Bo chyba nie poczucie przynależności do zbiorowości, która z jednej strony daje nam wygodę w postaci gotowych i czekających na nas ról, z drugiej ustawia nas do walki z innymi zbiorowościami. Patrzę na moich rówieśników, z czterdziestką na karku. Tak bardzo żarliśmy się z naszymi “starymi”, a teraz stopniowo, ale nieuchronnie, żegnamy ich na cmentarzach. I odkrywamy w sobie ich drogę. Ach, oczywiście; mówiono nam, że tak będzie, ale cóż to był wtedy za nieznośny truizm. Tak, truizm, który okazuje się dojmującą prawdą, gdy tylko wkracza w naszą własną biografię. Właśnie tak objawia się nam kołowrót czasu. Bo truizm jest siostrą mitu. Jego kiczowaty kształt ma swe korzenie w misterium wiecznej powtarzalności.  Ale ja wiem już, ze to, co buduje mnie nie pochodzi z zewnątrz. To mój własny trud odkrycia siebie, nie poprzez drapieżne starcia plemion, jakiekolwiek ich imiona (pokolenie? środowisko? partia polityczna? grupa poetycka? koledzy z pracy?…), tylko przez spojrzenie w moją wlasną egzystencję. W głąb tej przepaści, która dawno, dawno temu nazywano dusza. Aby to uczynić, trzeba się wyizolować w swej indywidualności, trzeba odrzucić ponętne stereotypy, modne rozwiązania, łatwe konkluzje. Trzeba uszanować mit i jednocześnie wyzwolić się spod jego władzy. Bo w gruncie rzeczy nie chodzi o to, że istnieją jacyś “my” i jacyś “oni”; wszyscy z własnym brzemieniem. Istnieję ja sam, który musi, który powinien odnaleźć samego siebie. I wtedy odkrywa, zapewne wbrew sobie, banał wyższego rzędu. Ze to, co różniło go od swych rodziców jest tak naprawdę podobieństwem. Oni też chcieli żyć inaczej niż ich poprzednicy. Też chcieli zaznaczyć swoje istnienie w wielkiej księdze dziejów. A nam się wydawało, że to takie marne zabiegi…Co teraz mówię nie jest wyznaniem winy, próbą zakopania topora wojennego. Jest aktem zrozumienia. Rzeczy najprostsze przychodzą najtrudniej, tak jak proste pytania wymagają czasem skomplikowanej odpowiedzi.
Wiec nie ma ucieczki, jeśli tylko uchwyciłeś sens tego wszystkiego. To jest : samotny sens wędrówki. Wędrówki, która niespodziewanie odbywa się szlakiem dawno wydeptanym. I nie tyle rozpoznanym, co ledwie, ledwie na tej mglistej mapie zaznaczonym. Ale taka samotność jest przecież nie do zniesienia. Nie możemy oderwać się od wspomnień, uwikłań, wspólnot, grupowych identyfikacji ; nie możemy oderwać się od dziedzictwa (jakiekolwiek ono). Nie możemy (nie umiemy?) odrzucić mitu, wyzwolić się spod jego władzy. Cóż za przekleństwo, cóż za ulga.
Wiec: do zobaczenia Ojcze. Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest.


Poslední rozhovor (Czech)

...A jaká byla pouť mého Otce? Co to ve mně probouzelo vzpouru a nesouhlas? A co mohu teď říct o té chvíli, kterou si tak dobře pamatuji? Kdy se uzavřel kruh - tehdy, když jsem jej, stejně jako on mě kdysi coby nemluvně, bezbranného a nemohoucího nesl v náručí z nemocnice? Když jsem viděl, jak on, urostlý a vždycky překypující energií, leží vyhublý jako vězeň z Osvětimi, s trubičkami vetknutými do nosu a sotva popadá dech? I když jsem byl svědkem posledních chvil, hrdinně předstírajícím, že všechno je jako obvykle? Když jsme oba vstoupili na poslední cestu a věděli jsme, kam vede, a oba jsme o tom mlčeli? Co o tom mohu říct?
...Žili jsme na různých ostrovech a nebylo nám dopřáno přivítat a rozloučit se. Necháváš mě, Táto, s filmem vzpomínek, plným neostrých, rozmazaných záběrů. S těmi banálními otázkami, přicházejícími každému z nás do hlavy. Nikdy jsme nedokázali vyslechnout jeden druhého do konce, vyptat se a ujistit se. Mnohokrát jsme se v sobě zklamali. A při tom už zůstalo.
...Stávalo se hodně dávno, že jsem úkradkem poslouchal, jak se rozčiloval a unavoval při politických diskusích u sklenky Johny Walker Black Label. Zdálo se mi, že viděl dál než jiní, že chápal i to, co jeho přátelé z monopolní strany pochopit nedovedli. Proto nechtěl být zodpovědný za všechno – za systém, za poměry, za korupci, za všeobecnou degradaci a konečný úpadek. Už dávno předvídal katastrofu, jak prorocky označoval to pestré zhroucení totality, k němuž naštěstí konečně došlo koncem osmdesátých let. Útočil na reálie, avšak – jak se to oficiálně označovalo – „konstruktivním způsobem“. Byl nadále kriticky loajální. V případě, že na něho útočili, obrátil věc v individuální problém. Říkával: „Já jsem nekradl“ nebo „Předvídal jsem, že se to stane, a všechny jsem varoval bez ohledu na svou bezpečnost a na kariéru“. Vypadá to tak. Chtěl věřit, že se mu podařilo - vždycky a všude – zůstat čestný. Být „v pořádku“. Aspoň tam, kam až sahala jeho pravomoc nebo možnost působit. Ano, viděl dál, ale nevyvaroval se pýchy. Rychle zapomínal na vlastní chyby a vytlačoval je z paměti. Byl přitom svým způsobem „nepromokavý“. Chyběl mu cit pro skromnost a také diskrétnost. Chtěl excelovat a je třeba přiznat, že se mu to dařilo. Jenže je také třeba podotknout, že neměl příliš velkou konkurenci. Pravda, takzvané stranické kádry se sotva dají srovnávat s absolventy z Etonu, Cambridge nebo Heidelbergu. A co když mu šlo právě o tohle? Aby se cítil lepší než ostatní a zároveň si uchoval nezávislost, dráždící okolí – ovšem v zaběhaných, tolerovaných rozměrech, které Velký bratr povoloval?
Nikdy se také nepostavil na odpor svým klukovským nápadům. V době, kdy z něho byl ani ne dvacetiletý seržant lidové armády, toho miniaturního komunistického, protinacistického partyzánského hnutí, odešel do nepřístupných lesů a přitom nevěděl, že bude muset zabíjet o něco straší chlapce v uniformách feldgrau. A tak se přičiňoval o to, co nás ve škole učili jako „dějiny Polské lidové republiky“. Nezahodil stranickou legitimaci za žádné dramatické politické krize, ani v roce 1968, ani v roce 1976, dokonce ještě ani v roce 1981, kdy byl vyhlášen válečný stav a jednou provždy se ukázalo, čím skutečně je to proklaté zřízení, které se bůhvíproč označovalo jako socialismus. Seřval mě, když mě za válečného stavu chytila bezpečnost s batohem nelegálních knih a brožur. Seděl jsem na komisařství a čekal, že mě podpoří a dodá mi odvahy. Kolikrát jsme se pohádali za tamtěch večerů, kdy za okny duněly dieslovy motory obrněných aut a na rozích bloků postávaly mrznoucí vojenské hlídky, ohřívající se u předpotopních kamínek na koks. Naše spory musely být hodně podobné tisícům jiných sporů. Byly ohnivé a plné vášně, jenže se mluvilo jen polohlasem v koutech napěchovaných bytů, protože bylo zřejmé, že stěny mají uši, a moc se nevědělo, co jsou sousedé zač. On i já jsme své argumenty vysílali do prázdna, protože nešlo o to přesvědčit toho druhého – šlo o to vykřičet svůj názor. Můj názor se vyznačoval slepým nesouhlasem a jeho opatrnickým přijetím.
Tenkrát v něm však muselo dojít ke zlomu. Ideovost a víra vyprchaly a zůstal čirý funkcionalismus materialistického názoru a nutnost zajistit rodinný blahobyt. Je pravda, že se nám vždycky vedlo dobře, někdy i skvěle. Jeho snažení by ze mě mohlo udělat příslušníka „zlaté mládeže“, ale nikdy mě to netáhlo směrem k hédonistickému, hýřivému životu. Což neznamená, že mě to netáhlo na scestí. Lákalo mě to – a jak. Jenže nějaká zábrana přece jen existovala. A tak jsem se nikdy nestal „dítětem ze stanice ZOO“, nikdy jsem se nepropadl tak hluboko a nikdy jsem neztratil rozvahu. A On, ten roztěkaný karatel mého mládí? Proč jsem ho přes to všechno nechtěl zklamat? Věřil jsem snad v možnost dohody, v utopii dialogu, v nesmyslné příbuzenství krve? Odkud se vzal ten soucit – soucit, vynořující se z dávného nepřátelství, z cizoty a naježenosti?
Bude to zřejmě tím, že člověk se sklání nad utrpením bližního, jak by určitě řekl Levinas. Neboť čím za to všechno, to znamená za vlastní nepochopitelný život, zaplatil můj Otec? Jistě mírným alkoholismem, jehož příznaky mě často dráždily a mou matku zraňovaly. A také uzavřeností, nevrlostí a nechutí k rozhovorům – ty On ostatně nazýval ne zcela správně „zbytečným mlácením jazyka“. Vždycky byl osamocený, dobrovolně se od nás odtahoval. Jak si připadal sám sobě, jsme se nikdy nedozvěděli. Chtěl nám snad svým mlčením sdělit, že existují pravdy, které se nikomu neprozrazují a které je třeba zachovat si pro sebe až do konce? Obávám se, že to jeho mlčení skrývalo pro něho jakési prázdno, které sám nedovedl proniknout. Jeho vnitřní hlas mu lhal a vytvářel jenom chaos, který ho, člověka naprosto racionálního, hodně dráždil, protože se s ním neuměl vypořádat. Zápolil s tím vším, jenže nedovedl své trápení přetavit ani v to nejmenší hrdinství, a tak žil dál, přičemž se spokojoval s tím, co není velké, ale je zároveň povrchně čestné. Lidé bez představivosti takový stav označují jako „důstojnost“ a získávají tak úctu příbuzných a sousedů. Přitom jím něco cloumalo a nemohl usnout dřív, než vypil velkou dávku C2HOH s přídavkem elegantního aroma, charakteristického pro každý drahý destilát. Zřejmě to tak muselo být. Tak ať to tak je. Ať si tedy nese ten svůj kříž – naprosto jsem mu s ním nepomohl.
Do konce života četl Trybunu, tu dědičku někdejší komunistické Trybuny Ludu, orgánu Polské sjednocené dělnické strany. Když už pak ležel na lůžku utrpení, často mi připomínal, že právě tam mám uveřejnit oznámení o jeho smrti. Ponořoval se do četby historických děl, studoval dějiny středověku a trápil se svým nedostatečným vzděláním. Začetl se do Písma svatého a barevně si podtrhoval místa, která pro Něho byla neurčitá a nejasná. Bibli studoval rozumem a svými objevy a pochybnostmi trápil místního faráře. Věděl, chudák, že může počítat s hojnou podporou (vždycky v dolarech!) a s exkluzivním alkoholem, a tak po večerech přicházel na tu svou křížovou cestu, kterou mu připravil pomýlený marxista. Ve svých posledních letech měl Otec vedle alkoholu a spousty cigaret už jen jednu vášeň: vzrušoval ho každý nepatrný politický spor v zemi a demonstrativně dával najevo, že se mu hnusí činnost každého politika, jestliže se v nové, skvělé době neprohlásil za sociálního demokrata. Utkávalo se v něm několik navzájem se svářících povah, jako kdyby byl celý složený z nesourodých prvků. Nikdy jsem nepochopil, jak mohl takhle žít. Manévroval mezi cynismem a oportunismem, podléhal jim a zase se jim vzpíral. Stavěl se na odpor a pak se vzdával. Vydělával peníze a nikomu (jak doufám) moc neublížil. Nebyl jsem shovívavý. V průběhu doby jsem si povšiml především jeho podivínství, nedůslednosti a idiosynkrazie. A on si všímal mých vlastností. Chtěli jsme jeden druhého změnit podle vlastních představ a přání. Nikdo z nás obou nechtěl ustoupit. Byly to stálé potyčky, stálá nedorozumění, úmyslné i neúmyslné ústrky. Přitahovali jsme se a pak zase odpuzovali. Byl jsem jeho svědomím a on mým. Dodnes nechápu, čeho chtěli bohové dosáhnout naším sepětím. Zůstala mi jen slova vyslaná do prázdna. Do prázdna mraků, větru a mlhy, kde putuje můj Otec tmavou dolinou ...
...A teď ta zelená arabeska. Oblázková alej na hřbitově „Ke slunci“ ve Štětíně, jenž připomíná spíš park. Tady je pochován Dědeček. Otec Otce, kterého jsem nikdy nepoznal. Hroby jsou diskrétně schovány za živými ploty a mezi nimi se pohybují rodiny a osamělé stařenky. Chybí tu jen voda, jezírko nebo skromná říčka s kachnami, usazenými v trávě, aby se doplnila krajina Arkádie. Nikdo se nevnucuje nikomu. Jdeme klidně, snad dokonce lenivě. Svlékli jsme si tuniky starostí v neviditelné převlékárně – a oni si leží ve vlastní temnotě a nemá na ně vliv ani čas, ani půda. Představuji si, jak leží ve svátečním ustrojení, jako kdyby je někdo náhle odvolal ze svatby nebo křtin, leží si jakoby v železném spánku, přikrytí sladkým příkrovem let. Květiny, které jim kdysi přinesli příbuzní a známí na poslední rozloučení, si uchovaly svěžest, jako kdyby byly utrženy teprve před chvílí. Jejich myšlenky a vzpomínky, náhle nepřipoutané, se volně vznášejí nad hlavami nás, živých. Jsou éterické a poletují jako astrální přikrývky...
...A přitom tam někde na pozadí azurového nebe nad varšavským hřbitovem Bródno, na té největší nekropoli Starého kontinentu, kde jsem se s ním naposledy rozloučil, poletuje fantom Vilna, rodného města mého Otce. Dřevěné, napůl židovské Vilno z doby před druhou apokalypsou. Provinční domovina, kterou jednou provždy vzali všem vyhnancům. Věže kostelů, hrdá Gedyminova bašta. Tři bílé kříže na sousedním pahorku. Vidím, jak Otec supí a upravuje si na zádech batoh, naplněný knihami a sešity, a pospíchá směrem ke gymnáziu – teď ještě malý vršek a už je u cíle. Cestou si opakuje anglická slovíčka, jako kdyby mohl vědět, že se mu jednou budou hodit. To klidné, malé Vilno se vznáší ve velkém tichu nad hysterickými bulváry moderního města. A stíny anonymních chodců – každý se svou historií – pozorují chlapce, dívajícího se co chvíli do tajemného černého zápisníku. Nějací nevýznamní literáti sedí u kávy a stěžují si na poměry ve Varšavě. Něco si čtou z potištěných, zmačkaných papírů. Můj Otec je míjí v zamyšlení. Jsou zrady a chvíle nadšení. Rozčarování a naplnění. Každodenní práce. Nečetné chvíle vítězství. Všechno je před ním. Malý chlapec zatím nic neví a nedovede si toho moc představit. A tak dojde k tomu, co se mělo stát. Historie vtrhne do jeho osudu stejně, jako se dotkla křivým, kostnatým prstem Dědečka. Stejně se dotkne nás všech, i kdybychom se schovali do myší díry. Nastane cestování, výpravy, exotické země a kontinenty. Přijdou nenaplněné lásky a nepovedená první manželství. Přátelé budou křivě přísahat a neznámí budou prokazovat dobrodiní. Nakonec se objevím i já, očekávaný a tak trochu lhostejný poté, co začne má existence. Nad Gedyminovým a Witoldovým městem se zvolna kupí oblaka. Bílí beránci ve výšce. Můj Otec je snad nevidí. Má své problémy, které časem zmohutní a stanou se důležité. Velká mašinerie světa pracuje necitelně. Je slyšet jemný šum jejího mechanismu.
...A tady, na tomhle klidném štětínskému hřbitově, běhají bezstarostné děti, maminky tlačí kočárky, nějaká žena se zastavila a upravuje si účes. Velké stromy rostou nehlučně. Ale vedle je slyšet skřípot. Je slyšet drobné kroky na oblázcích. Mlýny melou pomalu a neúprosně. Rostou věže melancholie. Oni jsou tam – a my jsme tady, ztracení v klubku nevyhnutelnosti. Tam je přesycenost a tady nenasycenost. Ale to už všechno bylo. Ano, bylo, je a bude. Je to vyježděná cesta. Vždyť se odlišujeme tím, že vstupujeme do konfliktů, hledáme naši vlastní neopakovatelnost v potyčkách a konfrontaci. Instinktivně se spojujeme s vrstevníky, stěžujeme si ve škole, po vyučování nebo u piva na všechno to, co je vyzrálé, ustálené a určité. V té době je pohyb náš živel. Pídíme se po změnách, chceme nové dekorace v tomto nejlepším ze všech světů, hledáme něco fascinujícího, ve své neurčitosti víme, že z takových zápasů vznikají nové společenské kvality, nové intelektuální módy a nové normy – to všechno víme. Jenže co vlastně opravdu vytváří naši neopakovatelnost? Ne přece pocit přináležitosti ke kolektivu, který nám na jedné straně poskytuje výhodu v podobě hotových úkolů, čekajících na nás, a na straně druhé nás staví do boje s jinými kolektivy. Dívám se na své vrstevníky, kterým táhne na čtyřicítku. Tolik jsme se nabojovali proti našim „starým“ – a teď se s nimi po řadě, neúprosně loučíme na hřbitovech. A v sobě odhalujeme jejich cestu. Ach ovšem, říkali nám, že k tomu dojde, ale tenkrát to pro nás byla nesnesitelná banalita. Banalita, z níž se stala dojemná pravda ve chvíli, kdy se ocitla v našem vlastním životě. Tak se projevuje koloběh času. Banalita je sestra mýtu. Její kýčovitá podoba má kořeny v mystériu věčného opakování. Já však už vím, že to, čím rostu, nepřichází z vnějšku. To má vlastní námaha se snaží objevit sama sebe tak, že se zahledím do vlastní existence. Do hlubin té propasti, které se velmi dávno dostalo označení duše. Chci-li toho dosáhnout, musím oddělit svou individualitu, musím zavrhnout lákavé stereotypy, módní řešení a snadné závěry. Je třeba vážit si mýtu a zároveň se osvobodit od jeho nadvlády. Neboť v podstatě nejde o to, že existují nějací „my“, nějací „oni“. Všichni mají své vlastní břímě. Existuji „já“ sám – musím najít sám sebe. Pak se objeví, zřejmě bezděky, banalita vyššího řádu. To, co člověka odlišuje do rodičů, je ve skutečnosti podobnost. Oni také chtěli žít jinak než jejich předchůdci. Také se chtěli vepsat svou existencí do velké knihy dějin. A nám se zdálo, že je to marné úsilí. To, co tvrdím, není přiznání viny nebo pokus zakopat válečnou sekyru. Je to akt pochopení. Nejjednodušší věci je nejobtížnější pochopit – stejně jako jednoduché otázky si často vyžadují složitou odpověď.
A tak neexistuje řešení – ve chvíli, kdys pochopil smysl celé věci. To znamená, že putování má smysl samo o sobě. Je to putování, ubírající se překvapivě dávnou vyjetou cestou. Jeho smysl není ani tak ukrytý, spíš je sotva znatelný na oné rozplihlé mapě. Taková osamocenost se nedá snést. Nemůžeme se odtrhnout od vzpomínek, vazeb, spojitostí a skupinových identifikací, nemůžeme se odtrhnout od dědictví, ať je jakékoli. Nemůžeme (nebo neumíme?) zavrhnout mýtus a osvobodit se od jeho nadvlády. Jaké je to prokletí – a jaké uvolnění!
A tak na shledanou, Otče. Ať je to kdekoli, jestli vůbec někde.



minimap