Fink, Ida: A rejtekhely (Schron in Hungarian)

Portre of Fink, Ida

Schron (Polish)


Tego lata jechałam inną niż zazwyczaj trasą. Była to boczna linia, posiekana przesiadkami, a osobowy pociąg wlókł się opieszale i hałaśliwie monotonną okolicą, z rzadka tylko ocierając się o lasy, przystając co chwila po wsiach i miasteczkach, których nazwy nigdy nie obity mi się o uszy. Po godzinie jazdy klęłam niefortunny pomysł. Czułam, że jestem brudna, okopcona sadzą, nieuczesana. Próbowałam spać, próbowałam czytać, grzałam się w słońcu jak kot i nudę zabijałam papierosami – sposób równie szkodliwy, co bezskuteczny.
Pociąg był pusty. Nikt prawie tędy nie jechał, a jeśli, to wsiadały – by na następnej stacji wysiąść – wiejskie kobiety w białych chustkach, wiozące na targ pękate koszyki pachnące śmietaną i mlekiem. W korytarzu kilku mężczyzn spierało się głośno o wynik niedzielnego meczu – podobno bramkarz nawalił. Konduktor drzemał.
Zatrzymaliśmy się właśnie na jednej z małych stacyjek – dwa słupy i deska z napisem, widocznie wieś leżąca z dala od toru – kiedy ujrzałam wsiadających do pociągu kobietę z mężczyzną. W mieście nie zwróciliby mojej uwagi, ale tu, w szczerym polu... Ona pielęgnowanej urody, w kostiumie prostym, a wyszukanym w linii, pantofle płaskie i cienkie, lgnące do stopy jak rękawiczka. Mężczyzna był nieco starszy, bo już i siwy na skroniach, wysoki, szczupły, o ostrych rysach. Trencz niedbale przerzucił przez ramię. Mieli neseser, torbę podróżną olbrzymią i miękką.
Wyjrzałam oknem – nic, tylko owies, żyto, koniczyna,wąski szlak polnej drogi, po której zawracał spod stacji drabiniasty wóz, ciągnąc za sobą ogon szarego kurzu. Wyglądało tak, jakby tym wozem przyjechali. Skąd? Od kogo? Czuło się w nich wielkie miasto z dziada pradziada i głowę bym data, że nie wracali od rodziny.
Weszli do mego przedziału – był najbliżej drzwi. Mężczyzna umieścił bagaż na półce, pomógł kobiecie zdjąć żakiet. W bluzce wyglądała młodziej, bardziej dziewczęco, i jej biały kolor dopiero podkreślił oczy – były zapłakane. Usiadła w kącie, nie przy oknie, choć było tam wolne miejsce, i ujęta dłoń mężczyzny lękliwym, szukającym oparcia gestem. Ale jakaż to była podpora, skoro papieros w jego ręku drżał aż nazbyt widocznie!
Zatoczyliśmy łagodny łuk, spod lasu wyskoczyły rozsiane wokół rzeki mate domki, pokazały się nagle i nagle znikły za ciemną chmurą drzew.
– Cicho, cicho – usłyszałam wymówione szeptem słowa, odwróciłam się i spostrzegłam, że kobieta płacze. Płakała cicho, bezgłośnie, łzy spływały wąską strużką po policzkach – okrągłe szklane kulki. To był żałosny płacz i mężczyzna powtórzył odruchowo: – Cicho, cicho – jak do dziecka. Po czym spojrzał nagle w moją stronę, nachylił się nad płaczącą i rzekł wyraźnym szeptem: – Prze-stań wresz-cie.
Nie mogła przestać. Płakała teraz głośno, z twarzą ukrytą w dłoniach.
– Chwilowy rozstrój – zwrócił się mężczyzna do mnie – zaraz przejdzie... Połóż się, kochana – teraz mówił już lekko zniecierpliwionym tonem, słowo „kochana” zabrzmiało szorstko – i wiesz... śmiej się z tego...
– Śmiać się?! – zawołała.
W jej okrzyku była niekłamana, głęboka gorycz. Pomyślałam: nie można się śmiać. Ona ma rację. Wstałam, należało zostawić ich samych. Zdjęłam walizkę z półki i już gotowa byłam do odejścia, kiedy on się odezwał:
– Nie, nie... Proszę zostać, nawet lepiej, gdy nie będziemy sami.
Było mi głupio, nie wiedziałam, jak się zachować.
Sięgnęłam po książkę, ale on, bojąc się widocznie milczenia, natychmiast spytał:
– Czy można wiedzieć, co pani czyta?
Wymieniłam tytuł. Owszem, zna. Okupacja – prawda? Oboje się teraz zgodnie roześmieli i choć był to śmiech niedobry, nie mogłam ukryć zdumienia.
– Wykoślawili człowieka, szkoda gadać... – rzekł w końcu. – Pani gdzie była?
– W obozie.
– A my w schronie. Tutaj, w tych okolicach, w tej wsi, gdzieśmy wsiedli.
– Tak – powiedziałam – rozumiem. Niełatwo jest wracać w tamte lata myślą, a cóż dopiero tak jak państwo... Rozumiem pani zdenerwowanie...
Głos kobiety zabrzmiał nagle bardzo wysoko: – To nie to, proszę pani! Pani się myli...
Ona zaczęła. Przed tygodniem dostali list od wujostwa, zapraszali ich na imieniny i oględziny nowego, świeżo wybudowanego domu. Wujostwo – tak ich nazywali i tak już zostało – to byli ci, którzy przyjęli ich pod swój dach w 1943 roku. Trafili do nich przypadkiem. Po tygodniach błąkania się po lesie, kiedy w plecakach brakło sucharów i cebuli, nogi opuchły, a jesień zmiotła jagody – zapukali do pierwszej z brzegu chaty.
Był wieczór i w izbie krzątała się dorodna, młoda jeszcze kobieta.
– Wy czego? – spytała.
Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Czy naprawdę chodziło o chleb?
– Aaa, to tak... – przyjrzała się im bliżej, mieli wygląd dzikich. – Skąd?
Nie odpowiadali. Na płycie kuchennej stał garnek z mlekiem. Patrzyli na mleko. Podeszła – ciężka i wielka – i wciąż jeszcze patrząc nieufnie, podała, by się napili. Chłeptali to mleko jak psy. Potem kazała im iść.
Stali, więc jeszcze raz powtórzyła: – A teraz prędko z chaty, jeszcze kto zobaczy...
Wypędzała ich, a oni wciąż stali w miejscu...
Pociąg zazgrzytał, przyhamował, kobieta umilkła. Jej mąż wytarł spocone czoło, wstał, zamknął okno, potem znów je otworzył. Z korytarza doleciały głosy wsiadających. Mężczyzna z dzieckiem na ręku otworzył drzwi przedziału, cofnął się, mówiąc: – Ależ nakopcili, nie dla nas, synku... Gootów! – krzyknął konduktor. Pod kołami zadudnił most, miasteczko było ciche i wymarłe. Po chwili wjechaliśmy w las.
– Nie mogliśmy odejść – ciągnęła kobieta. – Słabo nam było od ciepła, chcieliśmy spać. Myślałam: ona jest dobra, dała mleko, więc kiedy zbliżyła się gniewna i niecierpliwa, by nas wypchnąć za próg – chwyciłam ją za ręce i prosiłam słowami, których tylko wtedy wstyd nie ochraniał. Czułam w moich dłoniach poranionych od gąszczy leśnych jej suche, mocne palce i błagałam ją jak wierzący Boga. Palce wiotczały – to serce miękło. Otworzyła drzwi komory i rzekła: – Poczekajcie, aż mąż wróci.
Zwaliliśmy się na worki.
Jeszcze tej samej nocy Olek odbył długą rozmowę z gospodarzem. Pieniądze, które posiadaliśmy, starczyły na dwa, trzy miesiące wyżywienia dla dwojga osób. To nic nie było. Ale zobowiązaliśmy się – o ile przeżyjemy – pokryć koszty nowego domu. Chałupę mieli na wpół rozwaloną i biedą jechało z każdego kąta. Przyjęli nas. W tę pierwszą od tygodni noc pod dachem płakaliśmy jak dzieci.
Następnej nocy gospodarz zabrał się do budowy schronu. Za młodu powąchał murarki – szybko uporał się z robotą. Był to murowany schowek w piwnicy, ciasny, z trudem mieszczący dwie osoby. Ale też schodziliśmy tam tylko w ostateczności, wtedy, gdy ktoś przychodził w odwiedziny lub gdy we wsi byli Niemcy. Za dnia siedzieliśmy zwykle w komorze, a wieczorem, przy zamkniętych drzwiach, w izbie. Olek grał w karty z gospodarzem, czytaliśmy na głos książki. Dopiero pod koniec wojny, kiedy w okolicy kwaterowało wojsko, nie opuściliśmy schronu przez dwa miesiące. Te dwa miesiące były bardzo ciężkie. Chorowałam na stawy, ale to nic, że chorowałam... tam nie można byto się położyć. Trzeba było przez cały czas siedzieć. Graliśmy w „geografię” – wszystkie rzeki na „A”, miasta na „B”, przepytywaliśmy się wzajemnie ze słówek łacińskich. Potem nawet jeść się nie chciało. Siedzieliśmy. W chacie nieraz nocowali Niemcy, słyszeliśmy ich kroki, schodzili do piwnicy, byli tuż, za cienką ścianką przysypaną, kartoflami. Tego dnia, kiedy gospodarze zeszli na dół i powiedzieli: – Koniec – nie umiałam się cieszyć... Chorowaliśmy potem długo i chyba bardzo ciężko, bo gospodarz, który odwiedził nas w szpitalu, patrząc na Olka, rzekł: – Przepadła moja chata...
A potem zaczęliśmy wszystko od początku, byliśmy goli i bosi i gdyby nie mój mąż...
– No cóż – wtrącił mężczyzna – zabrałem się do roboty i powoli, powoli jakoś się ułożyło. Pierwszą zaoszczędzoną sumkę posłałem wujostwu. I tak przez trzy lata każdego miesiąca... Przyjeżdżali do nas, a jakże, byliśmy sami, z rodziny nikt nie został, więc oni tak jakby... Na wiosnę ukończyli budowę nowego domu – trzyizbowy z kuchnią – zaprosili, by przyjechać i obejrzeć, ale tak się jakoś składało – to praca, to żona choruje (wciąż te stawy!)... Przed tygodniem dostaliśmy list: proszą na imieniny wuja do ich nowego domu.
Odsapnął, zapalili nowego papierosa. Przez chwilę panowała cisza. Czyżby nie mieli odwagi?
Ona pierwsza przerwała milczenie.
– Jechaliśmy tam pierwszy raz, starsi o pięć lat! Co ja mówię – o pięćdziesiąt lat! Mówiłam do Olka: popatrz, ten most... spaliśmy tutaj... A miasteczko W. pamiętasz? A stację w N.? Kupiliśmy tam bilety i baliśmy się wsiąść do pociągu. Pomyśl – mówiłam mu – żyjemy, jesteśmy razem... nic nam nie grozi... Byłam szczęśliwa. Machałam ręką przez okno do czekającego nas na stacji wuja... do gospodarza. Wsiedliśmy na drabiniasty wóz moszczony słomą, serce biło mi mocno. Czekałam, aż zakręt odsłoni chatę, ogród. Zapomniałam, że tam stoi nowy dom. Ładny, ale ta chata byłaby mnie rozgrzała, a dom? Jak dom. Z czerwonym dachem. W progu gospodyni, odświętnie ubrana, a mnie przykro, bo choć śmieję się, całuję, żal mi tamtej starej chałupy. Proszą do środka – czysto, podłogi czerwono malowane, w oknach firanki z kretonu. Stół zastawiony wędlinami, wódką. Olek zaraz zobaczył, co ze mną, i mówi cicho: – Nie bądź histeryczką... – a głośno chwali, że ładnie się urządzili. Gospodarz nalewa wódkę, chce częstować, ale gospodyni: – Nie, najpierw obejrzyjcie mieszkanie.
Zaczęliśmy od kuchni, potem mieszkalny, sypialnia i jeszcze jeden, syna, który wrócił z wojska. Chcemy już zawrócić, kiedy mówią: – A i o was my pamiętali – ot, proszę!
Gospodarz odsuwa szafę, patrzę – biała, pusta ściana. Lecz kiedy schylił się i sięgnął do podłogi – chwyciłam Olka za rękę. Niczego jeszcze nie widziałam, ale ten ruch był mi znany.
Podniósł czerwono pastowaną deskę i kazał nam zajrzeć:
– Ot, teraz, gdyby co, nie będziecie się gnieździć jak kury, schron jak malowanie, z komfortem!
Nachyliłam się i zobaczyłam schody prowadzące w głąb ciemnej, bez okien, bez drzwi, małej izby. Stały tam dwa łóżka, dwa krzesła i stół.

Pociąg trząsł na zwrotnicach, przyspieszał biegu. Zbliżaliśmy się do miasta. Niebo bladło, zza okna wynurzyły się domki przedmieścia, chronione przez niskie, równo strzyżone żywopłoty.
– Jak to przyjąć? – pytał mężczyzna – ten wyrok schronu, wyrok śmierci znów na nas wydany? I przez kogo? Przez dobrych, życzliwych nam ludzi... To właśnie tak mnie przeraża... Z dobroci serca schrony szykować! Pani wie, co to oznacza? Tam, w chacie, jakbym się nad własnym grobem pochylał... Straszne...
Straszne, powtórzyłam, powiedziałam jeszcze coś o zarażeniu wojną i zrobiło mi się wstyd, takie to było zdawkowe, takie grzeczne. Ale oni nie słuchali, spieszyli ku wyjściu, a ich szybki, nerwowy krok sprawiali wrażenie ucieczki.



PublisherW.A.B., Warszawa
Source of the quotationIda Fink: Odpływający ogród, p. 228–236.

A rejtekhely (Hungarian)


Azon a nyáron nem a megszokott útvonalon utaztam. Átszállásokkal szabdalt kerülő úton mentem, a személyvonat pedig ráérősen zakatolt keresztül az egyhangú tájon. Csak ritkán érintettünk egy-egy erdőt, és soha nem hallott nevű falvaknál és városkáknál álltunk meg minden percben. Egyórányi utazás után már átkoztam a szerencsétlen ötletet. Úgy éreztem, piszkos vagyok, kócos és belep a korom. Megpróbáltam aludni, megpróbáltam olvasni, melegedtem a napon, mint a macska, unalmamat pedig - ez legalább olyan káros volt, mint amilyen hiábavaló - cigarettával űztem el.
A vonat üres volt. Szinte senki sem utazott arrafelé, legfeljebb fehér kendős falusi asszonyok szálltak fel - hogy a következő állomáson leszálljanak -, tejszíntől és tejtől illatozó, jól megrakott kosarakat vittek a vásárba. A folyosón néhány férfi a vasárnapi meccs eredményét vitatta nagy hangon - állítólag a kapus elszúrta. A kalauz szunyókált.
Épp egy jelentéktelen kis állomáson álltunk - két pózna, egy deszkán felirat, valószínűleg a vasúttól távolabb fekvő falu neve -, amikor megláttam a vonatra felszálló párt. A városban nem figyeltem volna fel rájuk, de itt, a pusztaságban... Feltűnt a nő ápolt szépsége, egyszerű, de különleges szabású kosztümje, lapos és karcsú papucscipője, amely úgy simult a lábfejére, akár egy kesztyű. A férfi valamivel idősebb lehetett, már őszült a halántéka, magas volt és vékony, az arcvonásai élesek. Felöltője hanyagul a karjára vetve. Neszesszer és egy hatalmas, puha utazótáska volt náluk.
Kinéztem az ablakon - sehol semmi, csak zab, rozs, lóhere, a mezei út keskeny sávja, amelyre egy létrás szekér kanyarodott az állomás felől, szürke porcsóvát húzva maga mögött. Úgy tűnt, mintha ezzel a szekérrel érkeztek volna. Honnan? Kitől? Érződött rajtuk, hogy ősidők óta nagyvárosban élnek, és a nyakamat tettem volna rá, hogy nem a rokonaiknál jártak.
Az én kupémba szálltak - az volt legközelebb az ajtóhoz. A férfi felrakta a táskát a csomagtartóra, lesegítette a nőről a kosztümkabátot. Blúzban fiatalabbnak, kislányosabbnak tűnt, a fehér szín még inkább kiemelte kisírt szemét. A sarokba ült le, nem az ablakhoz, bár ott is volt szabad hely, és félős, támaszt kereső mozdulattal kapta el a férfi kezét. De milyen támasz lehetett az, ha még a cigaretta is feltűnően remegett benne!
Enyhe ívben kanyarodtunk, az erdő alól előbukkantak a folyóparton elszórtan álló kis házak, hirtelen feltűntek és hirtelen elenyésztek a fák sötét fellege mögött.
- Nyugi, nyugi - hallottam a férfi suttogását, megfordultam és észrevettem, hogy a nő sír. Csendesen, hangtalanul sírt, vékony patakokban folyt végig arcán a könny - kerek üveggyöngyök. Keservesen sírt, a férfi pedig ösztönösen ismételgette: - Nyugi, nyugi - mint egy gyereknek. Hirtelen felém pillantott, majd a síró nő fölé hajolt, és határozott hangon azt suttogta: Hagyd-már ab-ba.
Nem tudta abbahagyni. Már hangosan sírt, kezével eltakarta az arcát.
- Pillanatnyi lehangoltság - fordult hozzám a férfi -, mindjárt elmúlik... - Feküdj le, drágám - mondta enyhe türelmetlenséggel a hangjában, a „drágám” szó gorombán csengett -, és tudod mit... nevess rajta...
- Nevessek?! - kiáltott fel a nő.
Kiáltásában őszinte, mély keserűség volt. Arra gondoltam: nem lehet nevetni. Igaza van. Felálltam, magukra kellett hagynom őket. Levettem a bőröndömet a csomagtartóról, és már majdnem kiléptem a kupéból, amikor a férfi megszólalt:
- Ne, ne... Kérem, maradjon. Jobb is, hogy nem vagyunk egyedül.
Zavarban voltam, nem tudtam, hogyan viselkedjek.
A könyvemért nyúltam, de a férfi, aki valószínűleg félt a hallgatástól, azonnal megkérdezte:
- Megtudhatom, mit olvas?
Megmondtam a könyv címét. Persze, ismeri. Megszállás - ugye? Majd egyszerre mindketten felnevettek, s bár hamisan csengett a nevetésük, mégsem tudtam leplezni elképedésemet.
- Megnyomorították az embert, kár a szóért... - mondta végül a férfi. - Maga hol volt?
- Táborban.
- Mi pedig bujkáltunk. Itt, a környéken, abban a faluban, ahol felszálltunk.
- Igen - mondtam -, értem. Nem könnyű gondolatban visszatérni azokhoz az évekhez, hát még ilyen helyzetben... Megértem a hölgy idegességét...
A nő hangja hirtelen felcsattant: - Nem erről van szó, asszonyom! Ön téved...
Belekezdett. Egy hete levelet kaptak a nagybácsiéktól, névnapra hívták őket, és meg akarták mutatni az új, nemrég elkészült házukat. „Nagybácsiéknak” hívták azt a házaspárt - és ez már rajtuk is maradt -, akik 1943-ban befogadták őket a házukba. Véletlenül keveredtek hozzájuk. Hetekig bolyongtak az erdőben, s amikor elfogyott a kétszersült és a hagyma a hátizsákjukból, bedagadt a lábuk, az ősz pedig lerázta a bogyókat a bokrokról - bekopogtak az első kunyhóba, amely az útjukba esett.
Este volt, a szobában egy testes, fiatal nő sürgött-forgott.
- Mit akarnak? - kérdezte.
Nem tudták, mit válaszoljanak. Tényleg csak egy falat kenyérről lett volna szó?
- Áá, vagy úgy... - mondta, és közelebbről is szemügyre vette őket. Elvadult volt a külsejük. - Hova valósiak?
Nem válaszoltak. Egy lábos tej állt a tűzhely lapján. A tejet bámulták. A nagydarab, nehéztestű nő a láboshoz lépett, még mindig bizalmatlanul nézett rájuk, de azért odaadta nekik, hogy igyák meg. Úgy vedelték a tejet, mint a kutyák. Aztán mondta, hogy menjenek innen.
Mivel nem mozdultak, megismételte: - De most má’ gyorsan kifelé, még meglátja magukat valaki...
Elzavarta őket, de ők egy tapodtat se mozdultak...
A vonat csikorogva fékezett, a nő elhallgatott. Férje megtörölte izzadt homlokát, felállt, becsukta az ablakot, majd újra kinyitotta. A folyosóról beszűrődött a felszállók hangja. Egy férfi, gyerekkel a karján benyitott a fülkébe, de rögtön vissza is húzódott, s így szólt: - De telefüstölték, ez nem nekünk való, fiam... Iindul! - kiáltotta a kalauz. Dübörgött a híd a kerekek alatt, csendes és kihalt volt a városka. A következő pillanatban beértünk az erdőbe.
- Nem tudtuk rászánni magunkat az indulásra - folytatta a nő. - Elgyengültünk a melegtől, aludni akartunk. Arra gondoltam: ő jó, tejet is adott, s amikor bosszúsan és idegesen közelebb lépett, hogy kitessékeljen minket a házból - megragadtam a kezét, és olyan szavakkal kérleltem, amilyeneket csak akkor nem szégyelltem. Az erdei bozótostól felsebesedett tenyeremben éreztem száraz, erős kezét, és könyörögtem neki, mint a hívők Istennek. Ujjai elernyedtek - megesett rajtunk a szíve. Kinyitotta a kamra ajtaját, s így szólt: - Várjanak, amíg hazajön a férjem.
Végigdőltünk a zsákokon.
Olek még aznap éjszaka hosszú beszélgetést folytatott a házigazdával. A nálunk lévő pénz két személy két-három havi élelmére volt elegendő. A semminél is kevesebb. Viszont köteleztük magunkat, hogy - amennyiben életben maradunk - fedezzük az új házuk költségeit. Szinte rájuk szakadt az a viskó, és szegénység áradt minden zugból. Befogadtak minket. Azon az éjszakán, amikor hetek óta először volt fedél a fejünk felett, sírtunk, mint a gyerekek.
Másnap éjszaka a házigazda elkezdte építeni a rejtekhelyet. Fiatalkorában belekóstolt a kőművességbe - hamar végzett a munkával. Szűkös rejtekhelyet falazott el a pincében, nehezen fért ott el két ember. Igaz, hogy csak végső esetben bújtunk oda, ha látogatóba jött valaki vagy németek voltak a faluban. A nappalokat általában a kamrában töltöttük, az estéket pedig - bezárkózva - a szobában. Olek a házigazdával kártyázott, könyveket olvastunk fel. Csak a háború vége felé nem hagyhattuk el a rejtekhelyet két hónapon keresztül, amikor a környéken állomásozott a hadsereg. Nagyon nehéz volt az a két hónap. Ízületi bántalmak gyötörtek, és nem elég, hogy betegeskedtem... ott nem lehetett lefeküdni. Egész idő alatt ülnünk kellett. „Földrajzosat” játszottunk - az összes folyó A-val, városok B-vel, az egész latin szótárt kikérdeztük egymástól. Később már enni sem volt kedvünk. Csak ültünk. Nemegyszer éjszakáztak németek a kunyhóban, hallottuk a lépteiket, lejöttek a pincébe, egész közel voltak, a vékony falon túl, amelyet egy rakás krumpli takart el. Aznap, amikor lejöttek a háziak, és így szóltak: - Vége - nem tudtam örülni... Utána még sokáig betegeskedtünk, és nagyon súlyos lehetett az állapotunk, ugyanis amikor a házigazda meglátogatott minket a kórházban, ránézett Olekre, és azt mondta: - Lőttek az új házamnak...
Aztán mindent elölről kezdtünk, nincstelenek voltunk és földönfutók, s ha nincs a férjem...
- Ugyan már - szólt közbe a férfi -, munkához láttam, és lassan-lassan valahogy csak elrendeződtek a dolgok. Az első megtakarított összeget elküldtem a nagybácsiéknak. És ez így ment minden hónapban három éven keresztül... Többször is meglátogattak minket, miért is ne, egyedül voltunk, nem maradt senki a rokonaink közül, ők pedig olyanok voltak, mintha... Tavaszra felépült az új ház - három szoba, konyha - s hívtak, hogy látogassuk meg őket, de valahogy mindig úgy alakult - hol a munka, hol a feleségem betegsége (mindig azok az ízületek!)... Egy hete levelet kaptunk tőlük: a nagybácsi névnapjára hívtak minket az új házba.
Sóhajtott, újabb cigarettára gyújtott. Egy pillanatig hallgattunk. Nem lett volna hozzá bátorságuk?
A nő törte meg előbb a csendet.
- Most mentünk el hozzájuk először. Öt évvel lettünk idősebbek azóta! Mit beszélek - ötven évvel! Szóltam Oleknek: nézd, a híd... itt aludtunk... És W. városkára emlékszel? És az n.-i állomásra? Megvettük a jegyet, de nem mertünk felszállni a vonatra. Gondolj bele - mondtam neki - élünk, együtt vagyunk... nem fenyeget minket semmi... Boldog voltam. Az ablakból integettem a nagybácsinak... házigazdánknak, aki az állomáson várt ránk. Felültünk a szalmával megrakott létrás szekérre, hevesen vert a szívem. Vártam, hogy a kanyar mögül előbukkanjon a kunyhó, a kert. Elfelejtettem, hogy ott már egy új ház áll. Szép, de az a kunyhó melegséggel töltött volna el, ez a ház pedig olyan, mint bármelyik ház. Piros tetős. A küszöbön a gazdasszony, ünnepi ruhában, én pedig sajnálom, s bár nevetek és megcsókolom a nagynénit, mégis szánom azt az öreg kunyhót. Behívnak a házba - tisztaság, pirosra festett padló, az ablakokon kartonfüggöny. A terített asztalon felvágott, vodka. Olek rögtön látta, mi van velem, és halkan odaszólt: - Ne hisztériázz... - hangosan pedig dicséri őket, milyen szépen berendezkedtek. A házigazda vodkát tölt, kínálni akar, de a gazdasszony: - Nem, először megnézitek a lakást.
A konyhával kezdtük, majd következett a nappali, a hálószoba és még egy szoba, a fiuké, aki hazajött a hadseregből. Már éppen indulnánk vissza, amikor így szólnak: - Rátok is gondoltunk - tessék!
A házigazda eltolja a szekrényt, nézem - fehér, üres fal. De amikor lehajolt és a padló felé nyúlt - megragadtam Olek kezét. Még nem láttam semmit, de a mozdulat ismerős volt.
Felemelte a vörösre festett deszkát, és mondta, hogy nézzünk be:
- Tessék, ha bármi történik, most már nem kell gubbasztanotok, mint a tyúkoknak. Itt a szép, kényelmes rejtekhely! Lehajoltam, és egy lépcsőt láttam, amely egy sötét, ajtó és ablak nélküli kis szobába vezetett. Két ágy, két szék és egy asztal állt benne.

A vonat váltókon zötyögött, felgyorsult. Közeledtünk a városhoz. Sápadt lett az ég, az ablakban egyformára nyírt, alacsony élő sövénnyel körülvett külvárosi házak bukkantak fel. - Mit mondhattunk volna erre? - kérdezte a férfi. - Rejtőzködésre ítéltek, kimondták ránk az újabb halálos ítéletet. És kik mondták ki? Derék, jóindulatú emberek... Ez rémített meg annyira... Szívjóságból rejtekhelyet építeni! Tudja, mit jelent ez? Ott, a házban, mintha a saját sírom fölé hajoltam volna... Iszonyú...
Iszonyú, ismételtem meg, aztán mondtam még valamit arról, hogy a háború mindenkit megfertőzött, és szégyelltem magam, mert olyan elcsépelt volt, olyan illedelmes. De ők már nem hallották, a kijárat felé siettek, gyors, ideges léptekkel, mintha menekülnének.



PublisherMúlt és Jövő Kiadó, Budapest
Source of the quotationIda Fink: Elúszó kert, p. 203–210.

minimap