Brandys, Kazimierz: Rondó (Rondo in Hungarian)

Portre of Brandys, Kazimierz

Rondo (Polish)

Tola Mohoczy była wówczas u progu swojej kariery scenicznej, ja natomiast mogłem się poszczycić tylko egzaminem zdanym na II rok prawa. Co nas ze sobą związało? Mam na to jedną odpowiedź: przeznaczenie. Używam tego słowa z pełnym przekonaniem, jakkolwiek przewiduję, że w tym miejscu może się pan uśmiechnąć. Zastanówmy się jednak. Spośród wszystkich przypadkowych spotkań, jakie w tym dniu zapewne się zdarzyły, na ulicach, w kinach czy ogrodach, to spotkanie wyróżniało się cechą logicznej konieczności i prowadziło do nieuchronnych następstw. Młody człowiek spotyka przypadkiem znajomą młodą kobietę, to jeszcze niewiele oznacza. Ale jeśli ten młody człowiek jest samotny i pragnie spotkać kobietę, i jeśli młoda kobieta, którą w tym dniu spotyka, jest egocentryczką zakochaną w innym mężczyźnie; jeśli zwierza się młodemu człowiekowi ze swej beznadziejnej miłości i napomyka o samobójczych myślach – to już zapowiada nieco więcej. Gdy zaś dodamy do tego rycerskie wyobrażenie o męskości opiekuńczej, bezinteresownej i gotowej do wyrzeczeń, z jednej strony, a z drugiej kobiecość namiętną, hojną, zadraśniętą w uczuciach i łaknącą oparcia w dyskretnym powierniku, takie spotkanie powinniśmy uznać za matematyczną formułę losu, wprawdzie o możliwości kilku rozwiązań, z których jednak żadne nie będzie dowolne ani przypadkowe.
Do późnego wieczora spacerowaliśmy po gwarnych, rozgrzanych ulicach. Warszawa nie wyludniała się w sierpniu, werandy restauracji i kawiarni były zapełnione do północy i na przykład Aleje Jerozolimskie między Marszałkowską a Nowym Światem przypominały atmosferą ruchliwe drugorzędne bulwary paryskie. Tam właśnie chodziliśmy zawracając raz po raz przy skrzyżowaniu Nowego Światu i z powrotem od rogu Marszałkowskiej, w tłumie rozleniwionym przez upał i znużenie, ale jeszcze poszukującym przygód. Tego wieczoru dużo mówiła o sobie. Wprawdzie z ironią i jakąś postrzeloną goryczą, ale odnosiłem wrażenie, że chce, abym słuchał, i że potrzebowała mojej obecności. Nie potrafię opisać jej głosu. Później, po kilku latach, gdy jego falująca melodyka i osobliwa, gwałtowna akcentacja były już rozsławione, żadnemu z recenzentów nie udało się go określić, zdefiniować. Ja dzisiaj, gdybym miał znaleźć jakieś określenie, powiedziałbym, że jej głos wyrażał nieubłagane, ślepe przekonanie o sobie. Brzmiała w nim siła rojeń i uporów, skłonnych do najdzikszej przesady; wyczułem również najistotniejszą cechę tego głosu, źródło jego sukcesów i władzy nad publicznością: pogardę.
Nigdy, nawet w ostatnich przedwojennych latach, kiedy jej nazwisko wymawiano jak nazwę szlachetnego kamienia („gra Mohoczy”, „Mohoczy była świetna”), gdy imię zeszlifowała już sława, nigdy nie uważałem jej za dobrą aktorkę. Jak się pan wkrótce przekona, ze światem aktorskim dane mi było zetknąć się bliżej, nie tylko z krzeseł widowni. Aktorstwo według mnie polega na braku osobowości, powiem nawet: na braku odwagi. Osobowość nie jest niczym innym, jak tylko odwagą ryzykowania sobą bez względu na niebezpieczeństwo (np. śmieszności), aktor natomiast, czyli człowiek będący aktorem z urodzenia, jest do tego niezdolny. Ma cechę przeciwną; z obawy bycia sobą i niepewności, kim jest, identyfikuje się z innymi ludźmi, zawsze chętny do upodobniania się, do przystawania, do nadawania sobie cudzej twarzy. I spełnia się, potęgując ten defekt: idzie na scenę. Na scenie nie wolno mu być sobą, jego skaza staje się profesją, odtąd mierzy się z życiem, ale cudzym, teraz utożsamia się nie z ludźmi, ale z postaciami, i nakłada nie czyjąś twarz, tylko maskę. Sądzę, że najświetniejsze przykłady aktorstwa zdarzają się wówczas, gdy aktor, utraciwszy przyrodniczy lęk przed ryzykiem człowieczeństwa, przekształca się w swoją syntetyczną kreację, i wtedy wszystkie jego role stają się nim samym, jego osobowością. Z Tolą Mohoczy było inaczej, rzekłbym, odwrotnie. Jak gdyby rodząc się wybrała siebie. Tak potężne przekonanié o tym, że się jest i kim się jest, musiało druzgotać wszelkie inne prawa do istnienia. Nie uznawała swoich ról, grała Elektry i Viole podeptane przez nią samą, każdy spektakl był uzurpacją, wobec której publiczność traciła oddech ze zdumienia i strachu. Obserwowałem jej triumfy zafascynowany, a jednocześnie pełen zgrozy, tak jak się ogląda wielkie morderczynie, i czułem pół- czy podświadomie, że nadejdzie czas, kiedy jej ofiary wstaną z grobów.
Wtedy jednak, tego sierpniowego wieczoru, gdy zapewniała mnie, że jest nienormalna, i opowiadała o nocach spędzanych samotnie nad Wisłą, wtedy wszystko było jeszcze przed nią. Mówiła o jakiejś nowej roli w sztuce, która miała wejść w próby we wrześniu; powinna szaleć z radości, tymczasem nie sypia z rozpaczy. Zachichotała łapiąc mnie pod rękę: – Kiedyś mnie zaduszą w tej wiklinie! – Przez sekundę zrobiło mi się nieswojo. Ale byłem dostatecznie spostrzegawczy, by skojarzyć jej bezsenność z pewnymi domysłami, jakie nasunęły mi się już wcześniej, w „Savoyu”. Wiedziałem, kim jest mężczyzna, przeż którego cierpiała, i uświadomiłem sobie, że wieczór w „Savoyu” był chyba dla niej szczególnie ciężki do przeżycia, bo właśnie o tym mężczyźnie niemal bez przerwy toczyła się rozmowa. Zrobiło mi się jej żal, gdy rzekła posępnie: – Jest żonaty. – I po chwili spytała, czy się nie dziwię, że mówi mi o tym wszystkim. Z mojego milczenia trudno było cokolwiek wywnioskować. – Bo pan jest mądry. W tej restauracji po dziesięciu minutach wiedział pan o mnie więcej niż pana przyjaciel po dziesięciu miesiącach. – Więc nie myliłem się co do niej i Władka. Spojrzałem kątem oka i zobaczyłem małe, kształtne ucho wystające spod beretu. Byłem o głowę wyższy od niej. Odwróciłem wzrok od jej ucha, ale po chwili znów zerknąłem, przesuwając spojrzenie na jej szyję. Widziałem z ukosa matową smugę karku. Oświadczyła nagle, że nie podoba jej się moje imię. – Dlaczego pan się nie odzywa? Ze mną trzeba rozmawiać. – Utkwiła we mnie oczy, bardzo jasne, niemal przezroczyste, i wtedy po raz pierwszy spostrzegłem, że chwilami lekko zezowała.
Taki sierpniowy wieczór, pomyśli pan, jak mógł się zakończyć? Odprowadzeniem i pożegnaniem przed domem. Późną nocą, być może nad ranem, ale pożegnaniem. Ja myślałem podobnie. To znaczy: nie myślałem o niczym. O niczym innym, zapewniam pana. Czułem fizyczny spokój dobrze wypoczętego ciała i szczęśliwe zdumienie niespodziewaną przygodą, czystą i wolną od namiętnych podniet, jakie zazwyczaj łączymy z pojęciem przygody. Byłem spokojny, silny i wzruszony. W mojej samotności nastąpiła pauza, ktoś słabszy ode mnie tego wieczoru mi zaufał, poznałem czyjś ból, czułem pod ramieniem szczupłą nerwową dłoń, i czułem się jeszcze silniejszy, jeszcze bardziej godny zaufania. Później, kiedy rozmyślałem o tym wieczorze i nocy, dochodziłem do wniosku, że nie ich przebieg był rozstrzygający, nie słowa ani fakty, ani ciała. Rozstrzygnięcie było gotowe we mnie samym, w pierwszym drgnieniu myśli, wcześniej, niż zacząłem pragnąć i zanim podniosłem wzrok.
Gdyby na placu Zbawiciela, zamiast poprosić, żebym ją odprowadził do domu, a potem, na Topolowej, zamiast spytać, czy nie miałbym chęci wstąpić do niej na filiżankę herbaty, gdyby na tym okrągłym, źle oświetlonym placu lub później koło jej domu, gdzie przystanęliśmy w ciemności pod drzewem, powiedziała mi, że chce spędzić ze mną noc, bo sama nie może zasnąć, albo że będzie to jej prywatna zemsta na mężczyźnie śpiącym teraz obok innej kobiety, lub gdyby oświadczyła, że takie noce zdarzają się jej często – byłbym wstrząśnięty. Byłbym jeszcze bardziej wstrząśnięty, gdybym się dowiedział, że jest mną zaciekawiona, bo podobają jej się rudowłosi mężczyźni i nie miała dotychczas kochanka, w którego żyłach (zgodnie z informacją mego inteligentnego kolegi zapewne) płynęła krew pierwszej osoby w kraju. Nie umiem sobie wyobrazić, jak bym zareagował na taką propozycję, ale bez wątpienia i w każdym przypadku obudziłbym się nazajutrz z inną świadomością.
Zaprosiła mnie jednak na górę po to, by wypić filiżankę herbaty, dopiero nad ranem zostałem jej kochankiem i poczułem się odpowiedzialny za to, co uczyniłem. Doprawdy, można by się uśmiechnąć z mojej naiwności. Należałoby jednak wziąć pod uwagę również moje prowincjonalne pochodzenie oraz kult kobiety, w jakim mnie chowano, wywodzący się przypuszczalnie od kultu Matki Boskiej. Kult, idealizacja poniekąd zewnętrzna. Często słyszałem opowiadanie o moim pradziadku po kądzieli, który zajeżdżając karetą na bal w sąsiednim majątku, gdy podjazd był błotnisty, zrzucał z siebie futro i ścielił je pod stopy mojej prababki. Myślę, że w próbach codziennego życia te objawy czci dla kobiecości ustępowały nieco, zamieniając się w rodzinną tyranię i sypialnianą przemoc. Ja wszakże byłem mocno nasiąknięty literaturą ojczystą, narodowymi powieściami i poematami, z których wyłaniały się liliowe majestaty zmarłych męczennic w koronach, kasztelańskich dziewic i żeńskich hajduczków z niesfornymi grzywkami. Psychologia kobiety? Wiedziałem o niej tyle, co przykładny harcerz. Nie twierdzę jednak, że tego żałuję. Idealizacja kobiety jest moim zdaniem rzeczą mniej niebezpieczną niż kult męskości, choć wydawałoby się, iż zazwyczaj idą ze sobą w parze. Pozornie! Marzenia o wodzach, opatrznościowych przewodnikach stada i despotycznych prorokach lęgną się przeważnie tam, gdzie nie idealizuje się kobiet, w społeczeństwach o zachowanej naiwności pojęć – tam, gdzie mit kobiety utracił dziewczęcość i przekształcił się albo w rodzącą Hausfrau, albo w równouprawnionego półmężczyznę. Idealizowali kobiecość mężowie i synowie o spokojnych cnotach, solidnych przekonaniach i głębokim poczuciu trwałości ich społecznego bytu, ludzie, którym mistyczny autorytet mężczyzny w ogóle nie był potrzebny. Tam, gdzie wartości i pojęcia zostały zburzone, w duchowej pustce, w kompromitacji, tam zaczyna się szukać Nieubłaganych i Jasnowidzących, aby zastąpili sumienie i rozum. Gdybym miał to wyrazić najkrócej: prawdziwi mężczyźni potrzebują świętej, wódz śni się zwałaszonym. 
 


Rondó (Hungarian)

Tola Mohoczy akkor még színészi karrierje kezdetén tartott, én pedig csak a jog második évén letett vizsgáimmal dicsekedhettem. Mi kötött minket egymáshoz? Erre ez az egyetlen válaszom: a végzet. Teljesen tudatosan használom ezt a szót, bár sejtem, hogy e ponthoz érve elmosolyodik. De gondoljunk csak bele. Az összes véletlenszerű találkozás közül, ami csak előfordult ezen a napon az utcán, a moziban vagy a parkban, kiemelkedett ez a találkozás logikus szükségszerűségével, és elkerülhetetlen következményekhez vezetett. Véletlenül találkozik a moziban egy fiatalember egy ismerős fiatal nővel, ez még nem sokat jelent. De ha ez a fiatalember magányos, és arra vágyik, hogy találkozzon egy nővel, és ha az a fiatal nő, akivel találkozott azon a napon, egocentrikus lény és egy másik férfiba szerelmes; ha bizalmasan közli a fiatalemberrel, hogy reménytelenül szerelmes, és öngyilkosságra céloz - ez már valamivel többet ígér. Ha pedig ehhez még hozzátesszük a lovagi képzeletben élő gondviselő, önzetlen és önfeláldozó férfiasságot egyfelől, másfelől pedig a szenvedélyes, adakozó, érzéseiben megsértett, diszkrét, bizalmas barát támogatására vágyó nőiességet, akkor ezt a sorsszerű találkozást olyan matematikai példának kell tekintenünk, amelynek ugyan több megoldása is lehetséges, de egyik sem lesz esetleges vagy véletlenszerű.
Késő estig sétáltunk a hőségben a zajos utcákon. Varsó nem néptelenedett el augusztusban, éjfélig tömve volt az éttermek és kávéházak terasza, az Aleje Jerozolomskie például, a Marszałkowska és a Nowy Świat közti szakaszán, a forgalmas, másodrangú párizsi bulvárok hangulatára emlékeztetett. Ott sétálgattunk le-föl, a Nowy Świattól a Marszałkowska sarkáig és vissza, a hőségtől és unalomtól bágyadt, de még kalandot kereső tömegben. Sokat beszélt magáról ezen az estén. Ironikusan ugyan és valamiféle különcködő keserűséggel, mégis az volt a benyomásom, akarja, hogy hallgassam, szüksége van a jelenlétemre. Képtelen vagyok leírni a hangját. Később sem sikerült egyetlen kritikusnak sem meghatároznia, leírnia, pedig annyi év után már hangjának hullámzó dallama, erőteljes hangsúlyai is híressé váltak. Ha most mégis jellemezni próbálnám valahogy, azt mondanám, azt fejezte ki a hangja, hogy rendíthetetlenül, vakon bízik önmagában. A legvadabb túlzásokra hajlamos ábrándozás és makacsság ereje szólalt meg benne. E hang leglényegibb jegyére is fölfigyeltem: sikerének és a közönség fölötti hatalmának forrása a megvetés volt.
Soha, még a háborút megelőző években sem, amikor úgy emlegették, mint egy drágakövet („Mohoczy játéka”, „Mohoczy nagyszerű volt”), amikor már beragyogta nevét a dicsőség, soha nem tartottam jó színésznőnek. Mint hamarosan meggyőződhet róla, megadatott nekem, hogy közelebbi kapcsolatba kerüljek a színészek világával, nemcsak a nézőtérről figyelhettem őket. Szerintem a színészet lényege a személyiség hiánya, sőt, mondhatnám, a bátorság hiánya. A személyiség semmi más, csak az ahhoz szükséges bátorság, hogy kockáztassunk, veszélybe sodorjuk önmagunkat, nem számolva azzal, hogy esetleg kinevetnek minket. A színész azonban, vagyis az az ember, aki született színész, képtelen erre. Ellenkezőleg, fél attól, hogy önmaga legyen, bizonytalan a maga kilétét illetőleg, ezért más emberekkel azonosul, mindig kész az utánzásra, az alkalmazkodásra, kész idegen arcot illeszteni magára. S e fogyatékosságát hatványozva valósítja meg önmagát: színész lesz. A színpadon nem lehet önmaga, hivatásává válik a hibája, ettől kezdve az élettel méri magát, de idegen élettel, nem emberekkel, hanem alakokkal azonosul, nincs arca, csak maszkot visel. Úgy gondolom, akkor születnek a legjobb színészi alakítások, amikor a színész, megszabadulván az emberi léttel szembeni veleszületett félelmétől, szintetikusan alkotja meg önmagát, és akkor minden szerepe azonos lesz vele, a személyiségével. Tola Mohoczy esetében ez másként, mondhatni, fordítva volt. Mintha születésekor önmagát választotta volna. Az a mély meggyőződés, hogy azonos önmagával, nyilván elpusztította minden más jogát a létezésre. Nem tisztelte a szerepeit, önmaga által eltiport Elektrákat és Violákat játszott, hatalombitorlás volt minden előadás, a nézőknek elállt a lélegzetük a döbbenettől és a félelemtől. Lenyűgözve, ugyanakkor iszonyodva figyeltem győzelmeit, ahogy a hírhedt gyilkos asszonyokat nézi az ember, és tudat alatt vagy félig tudatosan éreztem, hogy eljön az idő, amikor áldozatai fölkelnek sírjukból.
De akkor, azon az augusztusi estén, amikor arról győzködött engem, hogy nem normális, és azokról az éjszakákról mesélt, amelyeket egymagában töltött a Visztula partján, akkor még minden előtte állt. Új szerepéről beszélt, a darabot állítólag szeptemberben kezdik próbálni; őrjöngenie kellene a boldogságtól, mégis álmatlanul tölti az éjszakákat kétségbeesésében. Belém karolt, és elnevette magát:
- Egyszer még megfojtanak ott a füzesben!
Egy pillanatra zavarba jöttem. De elég gyors volt a felfogásom ahhoz, hogy álmatlanságát kapcsolatba hozzam azokkal a pletykákkal, amelyek már korábban, a Savoy-ban is foglalkoztattak. Tudtam, ki az a férfi, aki miatt szenved, és azt is megértettem, hogy az az este a Savoy-ban tán neki lehetett a legnehezebb, mert pontosan arról a férfiról folyt a beszélgetés, szinte szünet nélkül. Megsajnáltam, amikor komoran így szólt:
- Az a férfi nős.
A következő pillanatban megkérdezte, nem furcsállom-e, hogy minderről beszél nekem. Hallgatásomból nehéz lett volna bármit is kikövetkeztetnie.
- Azért beszélek erről - mondta a lány -, mert maga okos. Ott, az étteremben, tíz perc alatt többet tudott meg rólam, mint a barátja tíz hónap alatt.
Nem tévedtem hát, ami őt és Władekot illeti. Szemem sarkából néztem rá, megpillantottam sapkája alól kiálló formás kis fülét. Egy fejjel magasabb voltam nála. Elfordítottam a tekintetemet a füléről, aztán megint odapillantottam, tekintetem a nyakára siklott. Szemem sarkából láttam tarkója halvány vonalát. Váratlanul kijelentette, hogy nem tetszik neki a keresztnevem.
- Miért nem szólal meg? - kérdezte a lány. - Velem beszélgetni kell.
Rám szegezte a tekintetét, szeme nagyon világos, szinte áttetsző volt, és akkor vettem észre, hogy kissé kancsalít.
Mit gondol, hogy végződhet egy ilyen augusztusi este? Hazakísérem és elbúcsúzunk a ház előtt. Késő este, lehet, hogy reggel tájt, de elbúcsúzunk. Én is hasonlóképpen gondoltam. Azaz nem gondoltam semmire. Semmi másra, biztosíthatom. Éreztem kipihent testem fizikai nyugalmát, kellemes meglepetés volt ez a kaland, tisztának láttam, nem mocskolta be a szenvedély verítéke, amit rendszerint a kaland fogalmához kötünk. Nyugodt voltam, erős és meghatott. Szünet állt be magányomban, ezen az estén megbízott bennem valaki, aki gyengébb nálam, megismertem a fájdalmát, éreztem a karomon vékony kezének ideges remegését, és még erősebbnek, még megbízhatóbbnak éreztem magam. Később, amikor ezen az estén és ezen az éjszakán gondolkodtam, arra a következtetésre jutottam, hogy nem az eseményeken, nem a szavakon és a tényeken, nem is a testeken múlt a dolog. A döntés már megvolt bennem, értelmem első rezdülése pillanatában, korábban, mielőtt megkívántam volna, mielőtt még ráemeltem volna a tekintetemet.
Ha akkor a Megváltó téren ahelyett, hogy megkér, kísérjem haza, s aztán a Topolowa utcában ahelyett, hogy megkérdezi, nem lenne-e kedvem fölmenni hozzá egy csésze teára, ha akkor, azon a rosszul megvilágított, kör alakú téren, vagy később a háza előtt, amikor megálltunk egy fa alatt a sötétben, azt mondja, hogy velem akarja tölteni az éjszakát, mert egyedül nem tud elaludni, vagy azt, hogy így áll bosszút a férfin, aki most egy másik nő mellett alszik, vagy közli velem, hogy gyakran vannak ilyen éjszakái - eláll a szavam. Még inkább megdöbbentem volna, ha megtudom, hogy azért keltettem föl az érdeklődését, mert tetszenek neki a vöröshajú férfiak, és eddig még nem volt olyan szeretője, akinek ereiben (nyilván intelligens kollégámtól hallotta) az ország első emberének vére folyna. El sem tudom képzelni, hogyan reagáltam volna erre az ajánlatra, de annyi biztos, hogy másnap más tudattal ébredtem volna.
De csak azért hívott föl a lakásába, hogy igyunk egy csésze teát, csak reggeltájt lettem a szeretője, és akkor kezdtem felelősnek érezni magam azért, amit tettem. Naivitásom valóban mosolyogni való. De figyelembe kell vennie vidéki származásomat, valamint a nőkultuszt, amiben neveltek, ami feltehetően a Szűzanya kultuszából ered. Kultusz, eszményítés, bár inkább csak a külsőségekre szorítkozó. Gyakran hallottam egy történetet dédapámról, aki, ha sáros volt az út, megérkezvén hintójával a szomszéd birtokon tartott bálba, ledobta magáról a bundáját, és a dédanyám lába elé terítette. Azt hiszem, a mindennapi élet megpróbáltatásai között veszítettek erejükből a nők iránti tisztelet ilyen megnyilvánulásai, átalakultak családi zsarnoksággá és hálószobai erőszakká. Engem mégis áthatott a nemzeti irodalom, a hazafias regények és költemények világa, ez pedig vértanú királynők, várúrnők, szüzek, fürtös apródok liliomtisztaságától ragyogott. A női lélek? Annyit tudtam róla, mint egy derék kiscserkész. Mégsem állítanám, hogy sajnálkozom ezen. Véleményem szerint kevésbé veszedelmes a nő eszményítése, mint a férfiasság kultusza, bár, úgy látszik, rendszerint együtt jár a kettő. Látszólag! A vezérekről, a csorda élére álló, gondviselés küldte vezérekről és a despotikus prófétákról szőtt álmok inkább ott kelnek életre, ahol nem eszményítik a nőt, olyan társadalmakban, ahol kikezdték a fogalmak naivitását - ahol a nő mítosza elvesztette kislányos báját, és gyerekszülő Hausfrauvá vagy egyenjogúsított, férfias lénnyé alakult át. A szilárd erényekkel és meggyőződéssel rendelkező férfiak és fiúk eszményítették a nőt, ők mélyen átérezték társadalmi létük folytonosságát, nem volt szükségük a férfi misztikus tekintélyére. Ahol lerombolták az értékeket és a fogalmakat, a szellem sivatagában, a teljes pusztulásban kezdik keresni a Könyörteleneket és a Léleklátókat, hogy pótolják a lelkiismeretet és az értelmet. A lehető legrövidebben így fejezhetem ki magam: az igazi férfiaknak szent nőre van szükségük, a heréltek álmodnak vezérről. 


Source of the quotationKazimierz Brandys: Rondó, p. 42–47.

minimap